Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Seso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Seso. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 stycznia 2011

Święta i po świętach- podsumowanie.

W naszym wspólnym wyzwaniu świątecznym zrealizowałam tylko połowę swych planów- z czterech narzuconych sobie książek przeczytałam tylko dwie:
-"Dom sióstr" Charlotte Link
-"Zasada trzech dni" Josie Lloyd i Emlyn Reesktóre to okazały się niezłym czytadłami, ale niezbyt dobra literaturą. Z obiecywanych sobie czterech filmów również obejrzałam tylko dwa:
-"Love actually"
-"The Family Stone"
które to oglądane były któryś rok z rzędu, niemniej jednak sprawiły mi jak zwykle dużą przyjemność.
Przed świętami słuchałam też głównie dwóch albumów:
- muzyki z filmu "Love, actually" - piosenek świątecznych w wykonaniu Elli Fitzgerladktóre naturalnie polecam :)
Mogę więc uznać, że sprostałam wyzwaniu i cieszę się, że w ferworze świątecznych przygotowań udało nam się wspólnie zastanowić się, nad tym, co przeżywamy i "znaleźć coś po choinką" ;) Współ-przeżywaczkom dziękuję i pozdrawiam :)


czwartek, 13 stycznia 2011

"Dom sióstr" Charlotte Link

Jakiś czas przed Świętami wpadła mi w bibliotece książka z przyjemnie zimową okładką, a że gdzieś coś o niej czytałam-chwyciłam i wypożyczyłam:) I okazuje się, że osiąga ona na allegro jakieś nierzeczywiste kwoty, jest niemalże białym krukiem. Pozostało mi tylko zacierać ręce z radości.
Sama historia zapowiada się ciekawie: pewne małżeństwo, próbując radzić sobie z kryzysem związku, postanawia Boże Narodzenie spędzić zakopane w północnej Anglii, w wynajętym na tę okazję domu. Sama myśl wydaje się przyjemna- sama chętnie wyjechałabym gdzieś daleko ze swym mężem, byle tylko być z nim sam na sam i przy okazji w spokoju sobie poczytać;) Bohaterom jednak nie jest tak miło- w chwili przyjazdu dopada ich śnieżyca, która skutecznie odcina dom od świata, pozostawiając ich-o zgrozo!- bez ogrzewania, ciepłej wody, pożywienia i kontaktu ze światem.
Zawsze uważałam, że sytuacje kryzysowe sprawdzają charakter czy jakość związku. Z tym przedstawionym w książce nie jest najlepiej, a bohaterowie usilnie starają się zejść sobie z drogi. Główna bohaterka- Barbara, wygłaszając wiele dramatycznych kwestii o rozwoju kobiet i samorealizacji, usuwa się z drogi mężowi, który cały swój czas przeznacza na zapewnienie jej ciepłej wody i drewna do pieca, i przypadkiem odnajduje ukryty w domu pamiętnik jego byłej właścicielki, Frances Gray. Spisała ona pod koniec życia swoją historię, z którą zapoznaje się teraz Barbara.
A historia ta, że tak powiem, dość burzliwa: z narowistej panienki Frances przemienia się w bojowniczkę o prawa kobiet, pielęgniarkę na europejskich polach bitwy, zarządcę rodzinnego majątku, opiekunkę sierot i pomocnicę niemieckiego szpiega. Jest też przy tym tak denerwującą i pozbawioną odrobiny samokrytyki jak pierwsza z bohaterek-Barbara. Tandem ten tak skutecznie i nieustannie mnie denerwował, że nie zważałam na lekki absurd i melodramatyczność fabuły: do momentu, w którym pani Link zaczęła "lecieć" "Przeminęło z wiatrem". Tutaj już moje możliwości były na wyczerpaniu, ale na szczęście padł trup- a nic tak nie ożywia akcji.
Samo zakończenie rozciągnięte było do granic możliwości, pozostawiając mnie w stanie, który określę, jako Epicki Facepalm . I w zasadzie tak zwykle wygląda moja lektura książek pani Link: fajnie, fajnie, czyta się przyjemnie, główna bohaterka strasznie mnie wkurza, potem wydarzenia się kumulują, aż następuje kompletnie naciągane, wyssane z palca zakończenie. Tyle w tym temacie.
Ps. Ale połowę książki czytało się przyjemnie.

wtorek, 4 stycznia 2011

"The Family Stone".

Jako że koniec wyzwania coraz bliżej, wypadałoby nieco intensywniej się do niego przyłożyć, ale skoro Święta już za nami, nic dziwnego, że entuzjazm opadł. Ale jeszcze w ferworze świątecznych przygotowań obejrzałam drugi z moich ulubionych, bożonarodzeniowych filmów.
"The Family Stone" (tytuł w zasadzie to gra słów- bo i rodzina Stone, i Kamień Stonów czyli pierścionek zaręczynowy) to uroczy film o pewnej wielodzietnej (naprawdę wielodzietnej i wciąż się rozrastającej) rodzinie, której członkowie zjeżdżają się do domu rodziców, by spędzić razem Święta. Rodzina jest może nieco zwariowana, a jej model nie jest do końca standardowy, ale sama chętnie spędziłabym z nimi Święta- może dlatego, że przypomina mi nieco własną.
Nie będę streszczać fabuły, bo w zasadzie dotyczy tego, o czym zwykle opowiadają filmy obyczajowe: radości i smutki życia, związki miłosne, problemy małżeńskie i tragedia, która kładzie się już cieniem nad szczęściem bardzo kochającej się rodziny. Powiem za to, że miło jest obejrzeć sobie ten film, bo nie dość, że aktorzy graja w nim świetnie ( scenki, w której szturcha i rozpycha się między sobą tak dorosłe przecież rodzeństwo, wygląda jak z życia mego rodzeństwa wzięta:)), to rodzina, o której film opowiada, składa się z naprawdę bliskich sobie, kochających się ludzi. Widać to zwłaszcza w zderzeniu z zapiętą na ostatni guzik, pozbawioną poczucia humoru Meredith, z którą chce się ożenić jeden z synów państwa Stone.
To co najbardziej podoba mi się w tym filmie, obywa się w zasadzie bez słów. Czy jest to widok śniegu, który zaczyna padać dokładnie w świąteczny wieczór, czy spojrzenie, jakim obdarza swoje hałaśliwe dzieci ich ojciec- wszystko obraca się w kręgu emocji, które są mi bliskie w te święta. Zachęcam i polecam.

czwartek, 23 grudnia 2010

Ella Wishes You a Swinging Christmas


Na chwilkę przed Świętami życzę miłym współtowarzyszkom skumulowania świątecznego nastroju w te kilka ostatnich dni roku :)
Przy okazji dzielę się mym tegorocznym muzycznym uzależnieniem świątecznym-klasyczne, angielskojęzyczne piosenki świąteczne śpiewane przez Pierwsza Damę Piosenki Ellę Fitzgerald, wszystkie utrzymane w tonie swingu, w lekko retro klimacie :)
Prezentuję też moją ukochana piosenkę, która dotyczy tego, co nas w tym wyzwaniu połączyło- zróbmy sobie małe święta, bez względu na to, co złego spotkało nas w tym roku. Piosenka ta, wykonana po raz pierwszy w roku 1944 przez Judy Garland w musicalu "Meet Me in St. Louis", miała jeszcze smutniejszy wydźwięk w swej pierwotnej wersji, ale o wiele popularniejsza stała się przeróbka, którą wykonał Frank Sinatra. Od tej pory śpiewali ją wszyscy. Have Yourself A Merry Little Christmas.

piątek, 10 grudnia 2010

"Zasada trzech dni" Josie Llloyd&Emlyn Rees


Tytuł powieści jest nawiązaniem do powiedzenia Marka Twaina, który zaadaptował je od Plauta: goście w domu są jak ryby, są dobrzy tylko przez trzy dni. I tak też jest w tej powieści- wszystko psuje się na trzeci dzień. Ale najpierw jest tak...
Na skalistej wysepce u wybrzeży Kornwalii mieszka ojciec rodziny Thorne, Gerald. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia przyjeżdżają do niego pozostali jej członkowie: córka z mężem i dziećmi oraz syn ze swą rodziną. Wszyscy mają stanowcze postanowienie, że bez względu na wszystko będą to "idealne" Święta. Ale idealnie bynajmniej nie jest. Rodzina Stephanie- córki Geralda, stoi na krawędzi załamania, z powodu tragedii, która doświadczyła ich kilkanaście miesięcy temu. Dalekie od ideału jest również małżeństwo jej brata, który przyjeżdża na wyspę nie tylko ze swą rodziną, ale i z umieszczoną w wygodnej odległości kochanką. Wszyscy jednak usilnie starają się odegrać rolę zgodnej rodziny, mimo, że tak naprawdę nawet nie bardzo się lubią, a Święta uważają za zło konieczne. Będą jednak musieli spędzić je w swoim ścisłym gronie, gdyż nad wyspę nadciąga burza śnieżna, która odcina ją od świata.

Styl, w jakim napisana jest ta powieść, nie należy do wyszukanych, a czytając zdania typu: "otarł samotną łzę" lub "a potem powoli i zmysłowo zaczęli się kochać" człowiek nabiera przekonania, że ta książka nie może być wysokich lotów*. Mimo to, czytało się ją nieoczekiwanie dobrze. Nie jest to radosna i pogodna opowieść o świętach, wręcz przeciwnie. Akcja biegnie bardzo wartko, a dramatyczny punkt kulminacyjny sprawił, że nie zasnęłam, dopóki nie dotarłam do ostatniej kropki. W sumie całkiem wciągająca lektura, idealna na kilka godzin podróży do rodzinnego domu lub dla zmęczonego przygotowaniami mózgu :)
Jeśli chodzi o temat świąt podjęty w powieści, to wydaje się, że każdy z bohaterów za nimi nie przepada. W ogóle mnóstwo w tej powieści złych emocji i w zasadzie sympatyczna wydała mi się tylko jedna postać-bohater, który owszem, doświadczył złych chwil, ale zadaje sobie trud, by nie przelewać swoich frustracji na inne osoby i starać się być lepszym, a przede wszystkim szczerym. Jeśli jest jakiś głębszy sens w tej powieści, to jest nim właśnie przemiana, jaka dokonuje się w życiu każdego bohatera. Taki jest też przecież sens tego czasu- przesilenie zimowe to czas podsumowania tego, co było i zmiana, nowy porządek rzeczy . Miejmy nadzieję, że ta metamorfoza będzie dla bohaterów trwała.

* Najlepszy jednak był opis sceny miłosnej jednej z bohaterek, która miał podkreślić, że oto odnalazła Wielką Miłość i dzieją się rzeczy Ważne ( łóżko po ostatnim kochanku jeszcze nie ostygło), a "jej ciało zaczęło wolno i rytmicznie wirować", gdyż przypomniał mi się komentarz Roberta Górskiego "on miał orgazm, a ona wstrząs mózgu", kto przeczyta, będzie wiedział do czego piję :D

niedziela, 5 grudnia 2010

Love, actually (is all around).

Mam taką świecką tradycję, że rok w rok, kiedy zaczyna padać śnieg, a w mieście pojawiają się świąteczne dekoracje, siadam wieczorem przed ekranem i oglądam "Love, actually". Rok w rok film ten ewokuje u mnie świąteczny nastrój. Ten film jest dla mnie, jak ciepłe kapcie i rozciągnięty dres. Któż nie zna tego filmu? Kto go chociaż raz nie oglądał? Nawet na fejsbuku istnieje grupa "zawsze przed Gwiazdką oglądam Love, actually" ;)Akcja filmu toczy się głównie w Londynie, w ciągu kilku przedświątecznych tygodni i jest historią miłosnych perypetii gromady osób, połączonych z sobą ściśle lub nieco luźniej. Miłość i jej okolice to główny temat filmu i mamy okazję obserwować różne typowe jej wcielenia. Mamy idealną historię romantycznej miłości, której nie przeszkodzi nawet brak wspólnego języka. Jest pierwsza miłość małego chłopca i miłosny trójkąt. Miłość bez wzajemności i miłość Kopciuszka i Księcia ;) Miłość pojmowana wyłącznie jako seks i miłość do przyjaciół. Młode, zakochane małżeństwo i stare, znudzone. Fabuła nie jest zbyt odkrywcza, ale też nie o to w tym filmie chodzi.

Oglądałam ten film tak niezliczoną ilość razy, że nie potrafię już ocenić go obiektywnie, oglądanie go, to jak spotkanie z bliskim przyjacielem, który owszem- humor ma niewybredny (bo też film ten jest produktem europejskim, a nie ocenzurowanym do kiczu produktem z Usa) i czasem rzuci słowem mało parlamentarnym, ale też za to go lubię. I wspominam nasze najlepsze momenty. Uroczo nieśmiałą parę, która poznała się na planie filmu erotycznego. Hugh Grant tańczący do przebojów z radia, będąc przy tym błyskotliwym brytyjskim premierem. Tradycyjne szkolne jasełka i mała dziewczynka śpiewającą tak, że dorosłym opadają szczęki. Przepiękna buzia Keiry Knightley, która stwierdza, że wyglądała "całkiem ładnie". Scena z Emmą Thompson, która usiłuje powstrzymać płacz, bo za ścianą są jej dzieci, a Joni Mitchell śpiewa "i look at love from both sides now". I nieskończenie wiele innych scen. Wszystko to ujęte lekko, zabawnie i bez zadęcia- ho ho ho my tu mamy poważny film o świętach. Sympatycznie.

Aktorzy, zwłaszcza męscy, to olbrzymia zaleta tego filmu. Nawet postaci drugorzędne są pierwszorzędnymi aktorami. Cudowne aktorki-od bardzo zapadającej w serce Laury Linney po genialna Emmę Thompson. Cudowni aktorzy dobrani w myśl zasady "dla każdego coś miłego": od budzącego westchnienia Colina Firtha, poprzez obdarzonego chłopięcym urokiem Hugh Granta, na topiącym kobiece serca głosie Alana Rickmana kończąc :)
Ponadto niezmiernie podoba mi się muzyka z tego filmu, która składa się z kilku świątecznych piosenek, od sparodiowanego przeboju z "Czterech weseli i pogrzebu" Richarda Curtisa zaczynając. Ale są też piosenki, które zapadły mi w ucho i teraz słucham ich stale, czy śpiewa je Eva Cassidy czy Norah Jones. Polecam. Warto czekać cały rok na ten film :)

niedziela, 28 listopada 2010

Have Yourself A Merry Little Christmas.

"Boże- mówiła tedy przed połowem ryb przed biciem wieprza albo pieczeniem ciasta- jak ja tego wszystkiego nie cierpię. Na co to wszystko? Na to, jedynie, aby brzuch naładować. Dajcie mi spokój- dodawała.- Nic już na te święta wcale urządzać nie będę. Niech ja wreszcie odpocznę, niech ja wezmę jaką książkę do ręki i wreszcie co przeczytam. To będzie daleko bardziej po bożemu podług mojego zdania." (Maria Dąbrowska "Noce i dnie").
W pogoni za tym nieokreślonym Duchem Świąt, który co roku sprawia, że od początku grudnia człowiek nuci świąteczne piosenki, obmyśla prezent, a potem podróżuje w śniegu kilometrami dróg, aby obudzić się w świąteczny ranek, czując zapach pomarańczy, ciasta i przeczystych szyb, przeciągnąć się i westchnąć: Ach, Święta!- przystępuję do wyzwania.
Plan czytelniczy mam prosty-przeczytać jak najwięcej książek, w tym:
-"Dom sióstr" Charlotte Link o pewnym małżeństwie, zmuszonym spędzić Święta w odciętym od świata domu
-"Zasada trzech dni"
Josie Lloyd i Emlyn Rees o pewnej rodzinie, zmuszonej spędzić Święta na odciętej od świata wyspie
-"Gwiazdka" Truman Capote aby przeczytać też coś ambitniejszego;)
-coś Agathy Christie gdyż dla miłośnika kryminałów nie ma to jak trup pod choinką
Plan filmowy równie prosty-oglądam tylko te filmy, które już widziałam:
-"Love, actually" film od lat inaugurujący mój sezon świąteczny
-"The Nightmare Before Christmas" czyli święta w wersji Tima Burtona
-"The Family Stone" ciepły i zabawny film, bez świątecznego kiczu
-"The Hogfather" no, ba- Terry Pratchett