Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014/2015 - książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014/2015 - książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Świąteczny teatr („Komedia świąteczna” - Victoria Alexander)

„- W święta każdy robi się sentymentalny. To nie tylko rzecz całkowicie naturalna, ale wręcz spodziewana i powszechnie oczekiwana. (…) To jedyny czas w roku, kiedy może obudzić się w nas dziecko i nikt nam nie powie za to złego słowa”.*
Gdy nam na czymś zależy zrobimy wszystko, by się udało wypaść jak najlepiej. Czasami jesteśmy nawet gotowi posunąć się do absurdalnych czynów i małych kłamstewek. No bo przecież drobne oszustwo w dobrej wierze, które ma się później zamiar wyjawić, nie jest niczym złym, prawda? Tylko… skoro musimy uciekać się do kręcenia czy ma to sens?
Camilla w ostatnim czasie poznała fantastycznego mężczyznę, właściwie to księcia małego królestwa, którego nazwy za nic nie może zapamiętać (ja zresztą też nie). Zaplanowała sobie, że za niego wyjdzie i z czasem pokocha, no bo jak nie czuć nic do niezwykle przystojnego i szarmanckiego mężczyzny? Nie da się. Jej kandydat na męża marzy o świętach rodem z powieści Dickensa, a ona zamierza mu je dać. Uważa jednak, ze jej rodzina nie należy do tych tradycyjnych i korzystając z faktu iż mama i najmłodsza siostra spędzają Boże Narodzenie gdzie indziej wynajmuje trupę teatralną by ta zagrała jej rodzinę. Do spisku dopuszcza tylko swoją bliźniaczkę, początkowo wszystko jakoś idzie, ale w momencie przybycia do domu jej dawnej miłości zaczyna wątpić w swoje plany, a na dodatek co chwile coś idzie nie tak jak powinno…
W prawdzie święta już dawno za nami, ale co szkodzi chociaż na chwilę przywołać sobie ich magię. „Świąteczna komedia” kusiła mnie od samego początku i nie było mowy żebym się z nią nie zapoznała, zwłaszcza, że bardzo lubię komedie. Jakie są moje wrażenia po skończeniu książki?
Co prawda Victoria Alexander nie napisała o niczym nowym, ale zrobiła to z pomysłem i na tyle dobrze, by nie nużyć, a bawić i ciekawić. Książka jest przemyślana, dopracowana, spójna oraz logiczna. Kolejne wydarzenia wynikają z poprzednich, co nadaje też ciągłość i nie odczuwa się, że coś wzięło się znikąd. Jest też komicznie, czasem nawet absurdalnie oraz refleksyjnie. Rzecz dzieje się dziewiętnastowiecznej Anglii, a więc jest okazja przyjrzeć się stylowi życia tamtych czasów, autorka, może nie wykonała tego idealnie, ale starała się oddać klimat tamtych czasów i nawet całkiem jej to dobrze wyszło. Opisała stroje, poglądy, oraz jak się mieszkało i co najważniejsze, obchodziło święta. Pozytywnym aspektem jest fakt, że „Komedia świąteczna” zaskakuje, może nie głównym wątkiem, bo g łatwo przewidzieć, ale tymi niepożądanymi sytuacjami już tak. Nigdy nie wiadomo co akurat pójdzie nie tak i jak bardzo to zagmatwa całość. Powieść posiada pewne niedociągnięcia, ale nie są one tak odczuwalne ani uciążliwe, by odbierały przyjemność czytania, chociaż przez początek trzeba przebrnąć.
Dużym plusem są dla mnie bohaterowie, bowiem występuje tu prawdziwy kalejdoskop osobowości. Postacie wyróżniają się na tle innych i każdy jest na tyle wyrazisty, by zapaść w pamięć na dłużej. Nie spotkałam tu chyba ani jednej takiej samej osoby, a co ważniejsze wszystkie, no może po za jedną, polubiłam i nie wyobrażałam sobie, że ich nie ma. Zarówno Camilla,  jak i Grayson myśleli, że ich wspólna historia jest przeszłością, że mogą być znajomymi, ale wystarczyła chwila by ta pewność została zachwiana. Obydwoje muszą sobie wiele wyjaśnić, a on na nowo zdobyć jej zaufanie. Nie jest to łatwe, ale jakże ciekawe.
Przyznaję, że nie podchodziłam do tej książki z wielkimi oczekiwaniami, liczyłam tylko na to, że przy lekturze tego tytułu się odprężę i pośmieję. I to chyba było najlepsze rozwiązanie, bo może „Komedia świąteczna” niczym mnie nie zaskoczyła, ale sprawiła, przez cały czas czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy, a i wielokrotnie śmiałam się w głos. Jest to bowiem taka bajka dla starszych z mnóstwem komicznych scen, które nie tylko bawią, ale i wzruszają. Nie mogłam nie polubić Camilli, z jednej strony dorosła kobieta, a z drugiej trochę dziecko, które robi coś zanim dobrze to przemyśli. Z zainteresowaniem i ciekawością śledziłam perypetie bohaterów czując się przy tym jakbym była naocznym światkiem akcji. Polubiłam styl pisania Alexander, jej poczucie humoru i to jak patrzy na niektóre sprawy. Jeśli coś jeszcze jej autorstwa ukaże się u nas, to z pewnością sięgnę po ten tytuł.
„Komedie świąteczną” warto czytać w okresie świątecznym, ale i każda inna pora roku jest do tego równie odpowiednia. Zabawna, romantyczna, trochę bajkowa, w świątecznym klimacie. Napisana lekko i ciekawie, z zaskakującymi momentami. Polecam, bo warto spędzić z nią czas. 
 
*Victoria Alexander, „Komedia świąteczna”, s. 402
Autor: Victoria Alexander
Tytuł: Komedia świąteczna
Wydawnictwo: Ole!
Rok wydania: 5 listopada 2014
Liczba stron: 448

środa, 7 stycznia 2015

W jedną noc („W śnieżną noc” - Lauren Myracle, Maureen Johnson, John Green)



„To, co dla jednych jest obłędem, dla innych stanowi gwarancję zdrowia psychicznego”.*

W czasie świąt dzieją się różne rzeczy, pod wpływem tej specyficznej magii, a może przez zbieg okoliczności, w to już nie wnikajmy. Mówi się, że w ten czas wszystko jest możliwe, jesteśmy weselsi, bardziej skorzy do wybaczania, mamy czas by usiąść spędzić wspólnie czas bez zerkania na zegarek. Czasem zatrzymujemy się i dumamy nad tym co było, jest i może być, podejmujemy decyzje, dajemy szansę, otwieramy serca.

„Podróż wigilijna” Maureen Johnson
Jubilatka w poprzez splot dość nieoczekiwanych wydarzeń trafia do małego miasteczka Gracetown i poznaje w nim Stuarta oferującego jej pomoc oraz spędzenie świąt z jego mamą oraz młodszą siostrą.
„Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy” John Green
Rodzice Tobina utknęli przez śnieżycę gdzieś w Bostonie. Ten korzystając z okazji, wraz z przyjaciółmi spędza czas na wygłupach i oglądaniu filmów. W pewnym momencie dostają wiadomość, że w barze, w którym pracuje ich przyjaciel znajdują się cheerleaderki domagające się gry Twister. Tobin i reszta ruszają do baru.
„Święta patronka świnek” Lauren Myracle
Addie  jest bardzo nieszczęśliwa, niedawno rozstała się z chłopakiem z własnej winy. Teraz za nim tęskni i chce żeby ten dał jej szansę. Nastolatka ma jeszcze jedno bardzo ważne zadanie – musi odebrać ze sklepy zoologicznego prezent dla swojej przyjaciółki. Niestety nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać…

Tak, znowu opowiadania. Albo coraz bardziej przekonuje się do krótkiej formy albo miałam okres w którym odpowiadały mi takie teksty. Wszak kobieta zmienną jest. Bez bicia  przyznam się, że do tej pozycji przekonały mnie dwie rzeczy – okładka, dodać trzeba iż jest ona cudowna – napatrzeć się na nią nie mogę – oraz nazwisko Johna Grena. Stwierdziłam, że muszę w końcu przeczytać coś jego autorstwa.

„Blasku życia zawsze towarzyszą cienie”.*

Trudno jest pisać o opowiadaniach, bo nigdy nie wiadomo czy czasem nie ujawni się czegoś za dużo, co zepsuje innym radość czytania. Dlatego też o każdym napisałam tak mało, zarysowałam mniej więcej fabułę każdego z nich, ale nie zdradziłam najważniejszego. Zapewniam, że to zaledwie wstęp do głównych wątków, które mogą odrobinę zaskoczyć. Trzech autorów miało napisać historie dziejące się w jedną śnieżną noc, w jednym miasteczku i być ze sobą połączone. Czy im to wyszło? Z mojego punktu widzenia owszem. Postacie z poszczególnych opowiadań pojawiają się w każdym, chociaż przez chwilę, tworząc tło, tak aby poświęcić im nawet kilka sekund uwagi, ale są. Niesamowite jest to, że Lauren Myracle, Maureen Johnson, John Green piszą różnym stylem I językiem, ale bez problemu utrzymali ten specyficzny klimat. Wszystkie trzy opowiadania były różniły się od siebie, ale wyczuwało się, to co je łączyło. Teksty były dopracowane, przemyślane i jak na krótką formę wypowiedzi, wyczerpujące.

„W śnieżną noc” przeczytałam w święta i muszę przyznać, że bardzo mi się ten zbiór podobał. Jak to przy tego typu tekstach bywa, jedne są lepsze, drugie gorsze, ale w tym przypadku wszystkie miały w sobie coś takiego, że mnie oczarowały. W mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. Najbardziej zachwyciła mnie „Podróż wigilijna”, ma w sobie wszystko co powinno zawierać dobre opowiadanie. Akcja, emocje, klimat, tutaj świąteczny. I to „coś” sprawiającego, że jest ciepła i pogodna. Zdecydowanie najlepsza historia ze wszystkich. Kolejna, pióra słynnego Greena, również intrygująca i wciągająca, chociaż już nie tak świąteczna, jak poprzednie stworzone jest w dość ironicznym stylu z typowo młodzieżowym językiem. Najmniej podobała mi się opowieść „Świąteczna patronka świnek” – chociaż do samej treści nic nie mam, to bardzo irytowała mnie postać Addie, która każdą sprawę sprowadzała do siebie i jak coś jej nie wychodziło, to zaraz robiła z siebie biedną i pokrzywdzoną. Chętnie sięgnę po coś innego pióra tych autorów, bo nie zawiodłam się na ich opowieściach, miło spędziła, czas i dobrze się przy tym bawiłam.

Trzy różne opowiadania połączone ze sobą, trzy historie o miłości dziejące się w jedną śnieżną świąteczną noc. Pełne świątecznej magii, wzruszają, wprowadzają w bożonarodzeniowy klimat (przynajmniej mnie), a czasem nawet dające do myślenia. Serdecznie polecam!

„Nie ma znaczenia, co daje nam wszechświat. Ważne jest to, co my mu oferujemy”.*

*Lauren Myracle, Maureen Johnson, John Green, “W śnieżną noc”
Autor: Lauren Myracle, Maureen Johnson, John Green
Tytuł: W śnieżną noc
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 19 listopada 2014
Liczba stron: 336

ELF i pierwsza gwiazdka - Marcin Pałasz

źródło
ELF i pierwsza gwiazdka, choć może budzić takie skojarzenia, nie jest książką o pomocniku Świętego Mikołaja.

ELF, czyli Extraordinary Life Form, to pies o spiczastych uszach (jak przystało na elfa ;) i sercu przepełnionym miłością do Człowieka, który ze schroniska zaprosił go do swego domu. Duży, bo to on jest tym człowiekiem, teoretycznie przygarnął Elfa dla syna, ale mam wrażenie, że Młody został najlepszym kumplem Elfa, a za właściciela Elf uważa Dużego.

Powinnam poznawać ich historię od pierwszej części, czyli Sposobu na Elfa, tym bardziej, że czeka na półce, ale świąteczna atmosfera skłoniła mnie do sięgnięcia najpierw po część najnowszą, w której Elf po raz pierwszy przeżywa wraz ze swymi ludźmi Boże Narodzenie.

Pierwsza zima dla każdego zwierzaka jest przeżyciem ekstremalnym. Zmieniająca się aura, niskie temperatury, padający śnieg, trudności ze zdobyciem pożywienia; dobrze jeśli zwierzak jest czyjś i ma zapewnione ciepłe miejsce do spania i jedzenie. Taki szczęściarz, jak Elf, może z zadziwieniem przyglądać się tym wszystkim zmianom, a obserwowanie jego reakcji może być dla człowieka fascynujące. Do tego jeszcze te wszystkie świąteczne przygotowania - drzewko w domu, dziwne zapachy z kuchni, buzujący emocjami ludzie.

Marcin Pałasz ma zmysł obserwacji opanowany do perfekcji i na szczęście dzieli się z innymi swoimi spostrzeżeniami. A robi to tak, że zwyczajne, codzienne spacery, zakupy, świąteczne porządki, czy przygotowania, odwiedziny u krewnych stają się pasjonującą, pełną humoru i ciepła, MĄDRĄ opowieścią.

Zmienna narracja pozwala spojrzeć na te same wydarzenia okiem Dużego i z perspektywy Elfa. Kapitalnie ukazane jest, jak rzeczy oczywiste dla jednej strony mogą być zupełnie niezrozumiałe (lub pojęte na opak) dla drugiej. Weźmy taką choinkę - tradycyjna świąteczna dekoracja dla psiaka staje się wyrazem miłości od człowieka - WŁASNE DRZEWKO w domu!!! :))

Myślałem, że oszaleję z radości. Który człowiek robi takie rzeczy dla swojego psa?!
Nie wiem tylko, dlaczego nie pozwolił mi tego drzewa obsikać, jak to się normalnie robi. Ludzie czasem są dziwni. Ale... fajnie jest mieć w domu własne drzewo, no nie? [1]

[2]
Duży, Młody i Elf przygotowują się spędzenia świąt z rodziną w Biestrzykowie. Z jednej strony cieszą się na spotkanie z bliskimi, z drugiej - Duży trochę martwi się, czy Elf zostanie zaakceptowany przez Babcię, która wprawdzie bardzo lubi zwierzęta, ale nie w domu...

W ostatniej chwili okazuje się też, że na święta przyleciał ze Szwecji dawno niewidziany brat Babci - wujek Stefan z nowo odnalezioną dalszą krewną, śliczną Tarją, która z oddaniem opiekuje się starszym panem. Tarja jest bowiem pielęgniarką, a wygląda na to, że stała opieka jest niestety wujkowi niezbędna.

Pomimo najszczerszych chęci, by święta były udane, nie wszystko idzie jak z płatka. Nieuniknione zamieszanie związane ze spora liczbą domowników i gości, zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych, potęgują niefortunne, za to mocno oddziałujące na powonienie, wypadki. Czy uda się spokojnie zasiąść do wigilijnego stołu? Czy Babcia polubi nowego członka rodziny? Dlaczego Elf z rezerwą traktuje Tarję?

ELF i pierwsza gwiazdka ma to coś, co od pewnego czasu cechuje dobre produkcje filmowe dla dzieci - choć są zasadniczo przeznaczone dla młodszego odbiorcy, mają drugie dno, dzięki któremu dorośli też się na nich świetnie bawią. Taka jest właśnie książka Marcina Pałasza, styl i humor autora trafi zarówno do dziecka, jak i rodzica. Ba, uważam, że pewne niuanse docenią właśnie bardziej ci starsi odbiorcy. Na pewno sięgnę po wcześniejsze przygody Dużego, Młodego i Elfa, bo moje pierwsze spotkanie z nimi było rewelacyjne!


[1] Marcin Pałasz, ELF i pierwsza gwiazdka, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2014, str. 6-7
[2] j.w., ilustracje Olga Reszelska, str. 94

Tekst opublikowany wcześniej na moim blogu.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

A na Cichej 5 takie działy się historie… („Cicha 5” - Praca zbiorowa)



„Najbardziej w utracie bliskiej osoby bolą zmiany. Gwałtowne i natychmiastowe pozbawienie człowieka pewnych rytuałów, do których przyzwyczaił się przez ostatnich kilkadziesiąt lat”.*

Każdy z nas ma do opowiedzenia jakąś swoją historię, mniej lub bardziej intymną, zabawną, smutną czy też poruszającą. Wszystkie jednak są dla nas ważne i stanowią naszą cząstkę, która nas ukształtowała, sprawiła, że jesteśmy właśnie tacy. Ani ja, ani ty drogi czytelniku może nie jesteśmy jeszcze w stanie się podzielić, ale pewni lokatorzy kamieniczki na Cichej 5 otworzyli drzwi i serca do swojego życia…

„Cicha 5” jest zbiorem siedmiu opowiadań napisanych przez znane i lubiane polskie autorki. Ich zadaniem było stworzenie historii w świątecznym klimacie. I aby nie było tak łatwo, każda miała dziać się w tym samym miejscu i jakoś ze sobą wiązać, chociażby stale siedzącą starszą panią w oknie. Co takie chcą opowiedzieć pisarki i czy wywiązały się ze swoich zadań?

Jak wiecie mało kiedy sięgam po opowiadania, ale czasem zdarzają się wyjątki, o to jest jeden z nich. Przepiękna okładka, która urzekła mnie od pierwszej chwili, autorzy, których lubię i cenię oraz ci co mam w planach poznać ich twórczość.  Nic tylko chwytać i czytać.

„Ludziom stojącym z boku wydaje się, że pozytywne myślenie pojawia się jak na zawołanie. Wystarczy zrobić trzy pajacyki, głupią minę do lustra, a już człowiek widzi świat w tęczowych barwach, niczym idiotyczny kucyk z bajki dla dzieci. Otóż tak właśnie nie jest”.*

Zbiory opowiadań mają to do siebie, że poziom opowiadań nigdy nie będzie równy, tak było i w tym przypadku. Najmniej podobało mi się drugie opowiadanie („Przypadki senatorowej K.”), zaraz po nim „Powrót na cichą” (zbyt krótkie i mało logiczne, szczególnie zakończenie) i na końcu „Gałązka jabłoni” (może nie najgorsze, ale zapadło mi w pamięć), nie przemówiły do mnie te trzy tytuły i szczerze mówiąc są już jakby za mgłą, chociaż jeśli chodzi o styl i język nie mogę niczego im zarzucić.

Na szczęście, oprócz narzekania mogę się również pozachwycać. Po raz kolejny nie zawiodła mnie Krystyna Mirek ze swoją „Wigilijną rzeźbą”, od razu wczułam się w tekst i poczułam emocje w nim zawarte. Mirek jak zawsze waży słowa i dba, by każde zdanie coś znaczyło, wzruszyłam się. Równie piękne i poruszające było „Serce” Małgorzaty Wardy, kto czytał jakąś jej książkę, wie, że ma ona swój niepowtarzalny styl. I tutaj też jest widoczny, może nie miała szansy się rozkręcić w krótkiej formie, ale jest wzruszająco. Dało do myślenia i postawienia sobie paru pytań. Tak samo wpłynęło na mnie tekst „Niebieski język” Nataszy Sochy. Porusza temat tolerancji oraz to jak niektórzy postrzegają osoby starsze i chore. Bo dla niektórych ktoś w podeszłym wieku nie powinien robić rzeczy szalonych, a przecież jeśli to nikomu nie szkodzi, a pomaga przetrwać trudny okres nie jest czymś złym. Raz się żyje i trzeba te życie przeżyć jak najlepiej. Z kolei ostatnie („List do M.”) napisane przez Magdalenę Witkiewicz, daje nadzieję, że w śród nas są ludzie bezinteresowni, pragnący wywołać uśmiech na czyjejś twarzy czy też pomóc potrzebującemu.

Zbór czyta się szybko i przyjemnie, raz z większym, a raz mniejszym zainteresowaniem, ale żadne opowiadanie nie nużyło. Po prostu jedne szybko zapomnę, a drugie będą mi krążyć w myślach dłużej. Te wspominane przeze mnie pozytywnie wywołały we mnie przeróżne emocje i spełniły swoje zadanie, wzruszyłam się, poczułam magię świąt, uśmiechnęłam się. Ogólnie jestem zadowolona i nie żałuje czasu poświęconego na tę pozycję, może nie jestem zachwycona, ale i do rozczarowania mi daleko – jest bardzo dobrze. Z chęcią też zapoznam się szerzej z twórczością p. Sochy i pomimo wszystko Bondy.

Co prawda święta już za nami, ale jakby ktoś chciałby sobie przywołać ich klimat chociaż na chwileczkę, to z „Cichą 5” z pewnością się to uda. Przyciągająca wzrok okładka z zawartością czasem gorszą, ale w większości bardzo dobrą. Różne style i fabuły, ale każda ma coś do przekazania. Polecam, ja się nie zawiodłam.

„– Nie żyj nigdy dla siebie. Człowiek, który żyje tylko dla siebie, nie jest szczęśliwy. Dopiero uszczęśliwianie innych może Ciebie zrobić szczęśliwą”.*

*Katarzyna Bonda, Katarzyna Michalak, Natasza Socha, Małgorzata Kalicińska, Małgorzata Warda, Magdalena Witkiewicz, Krystyna Mirek, „Cicha 5”
Autor: Katarzyna Bonda, Katarzyna Michalak, Natasza Socha, Małgorzata Kalicińska, Małgorzata Warda, Magdalena Witkiewicz, Krystyna Mirek
Tytuł: Cicha 5
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 5 listopada 2014
Liczba stron: 380

czwartek, 25 grudnia 2014

Dziadek do Orzechów i Mysi Król

źródło
Dwudziestego czwartego grudnia dzieciom radcy Stahlbauma nie wolno było wchodzić do największego pokoju, a tym bardziej do przylegającego do niego salonu. Frycek i Marynia przykucnęli więc w rogu pokoiku położonego w tylnej części domu. Nadchodził zmierzch i dzieci czuły się bardzo nieswojo (...) [1]

Wszyscy chyba pamiętamy z dzieciństwa emocje, związane z oczekiwaniem na pierwszą gwiazdkę. Tajemnica, niepewność, zapachy związane z tymi wyjątkowymi chwilami, szelesty, migoczące światełka.

Marynia i Frycek w końcu doczekali się otwarcia zamkniętego pokoju. Rodzice wprowadzili ich do pięknie oświetlonego salonu.

Wielka choinka na środku pokoju obwieszona była mnóstwem złotych i srebrnych jabłek, ze wszystkich gałązek jak pączki i kwiaty wyrastały kandyzowane migdały i kolorowe cukierki, i wszelakie słodkości, jakie tylko można sobie wyobrazić. Jednak za najpiękniejszą rzecz w tym cudownym drzewku uznać należy, że na jego ciemnych gałązkach jak gwiazdki jaśniały setki małych świeczek i że samo drzewko rozbłyskując i migocząc, uprzejmie zapraszało dzieci, by zrywały z niego kwiaty i owoce. Wokół choinki wszystko mieniło się cudownymi kolorami – jakież tam były wspaniałości – tak, któż mógłby to opisać! [2]

[3]
Pod olśniewającą choinką dzieci znalazły wymarzone prezenty, a wśród nich kunsztownie wykonanego Dziadka do Orzechów. 

Nie był on wprawdzie urodziwy - wielka głowa i silny korpus na małych, chudych nóżkach - mimo to Marynia pokochała go od pierwszego wejrzenia. Jednak decyzją rodziców, miał on należeć do wszystkich dzieci, a niesforny Frycek nie był szczególnie delikatny z nową zabawką - i na kilku bardzo twardych orzeszkach wyłamały się trzy zęby Dziadka, a zawiaski szczęki poluzowały. Zrozpaczona dziewczynka troskliwie zajęła się zabawką, zawinęła w chusteczkę, a tuż przed pójściem spać ulokowała w najlepszym łóżeczku dla lalek.

środa, 24 grudnia 2014

W śnieżną noc - Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle


Nazwisko Lauren Myracle nie mówi mi zupełnie nic, Johna Greena znam wyłącznie ze słyszenia (bo i ciężko byłoby się na niego natknąć), 13 małych błękitnych kopert Maureen Johnson miałam okazję niedawno czytać, ale mnie nie zachwyciły. Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, a szczerze mówiąc nie spodziewałam się też niczego wielkiego, chciałam po prostu, tradycyjnie jak co roku, wprowadzić się w klimat i poczuć magię Świąt. I W śnieżną noc tę rolę zdecydowanie spełniła, choć faktycznie niczym wielkim nie jest...

Całą notkę można przeczytać tu.

wtorek, 23 grudnia 2014

Truman Capote Gwiazdka



Każdy pretekst jest dobry, by przeczytać kolejną książkę - myślałam przystępując do czytelniczego wyzwania "Znalezione pod choinką". I tak jest z Bożym Narodzeniem, acz muszę przyznać, że im bliżej świąt tym trudniej znaleźć mi ( co za niespodzianka! ) czas na czytanie i blogowanie. Ale udało się! - zapraszam na mój ostatni przed Bożym Narodzeniem wpis.

Jego bohaterem jest niepozornie wyglądająca książeczka ( maleńka i chuda ), która przyciągnęła mój wzrok w bibliotece, w dziale dla dzieci. Książeczka nosi tytuł "Gwiazdka", a  składają się na nią  dwa,  w znacznej mierze autobiograficzne opowiadania  Trumana Capote "Tamta gwiazdka" i "Wspomnienie gwiazdkowe".

Jak wspomniałam, książeczkę znalazłam w dziale dla dzieci, ale szczerze wątpię, by współczesnym dzieciakom opowiadania te przypadły do gustu. Nie zdziwiłabym się za to wcale, gdyby  poczuły się rozczarowane, bo w opowiadaniach Capote nie znajdą nic, do czego są przyzwyczajone i czego mogłyby się spodziewać po książeczce o świątecznej tematyce.

 Nie ma zatem  radosnego nastroju, wesołego pobrzękiwania dzwoneczków, śpiewów kolędników, spektakularnych cudów, a nawet  nieodzownego śniegu ( bo opowiadania dzieją się na kompletnie bezśnieżnym południu USA w latach trzydziestych  XX wieku ). Nie pomaga również i język opisywanych historii ( a może powodem jest przekład ?), który zdążył się już pokryć warstewką patyny.

Nie wiem również, czy książka spodoba się dorosłym czytelnikom - wydaje się być mocno sentymentalna. Acz, sposób w jaki Truman Capote wspomina Boże Narodzenie nie jest pozbawiony emocjonalnej prawdy. Bo do tego,  co ważne z dziecięcej perspektywy, czyli wiary w  Świętego Mikołaja, oczekiwania na prezenty,  wszystkich przyjemnych rytuałów związanych z Bożym  Narodzeniem, dochodzą podszyte smutkiem refleksje czynione przez dorosłego narratora.

Najwspanialsze prezenty, jakie dostaliśmy, lub które sami komuś ofiarowaliśmy, nie są do kupienia,  nawet w najbardziej luksusowym sklepie. A święta bez bliskich naszemu sercu  tracą swą radosną moc - to właśnie owa niezbyt wesoła, ale prosta prawda.

A jak wspominacie święta waszego dzieciństwa? Lubicie wracać do przeszłości? Czy może, wprost przeciwnie, ważne jest dla was Tu i Teraz i jeśli wybiegacie gdzieś myślami, to raczej do przodu, niż wstecz? Trzeba jednak przyznać, że Boże Narodzenie nastraja refleksyjnie.

Moje najwcześniejsze wspomnienia dotyczące Bożego Narodzenia  przypominają bajaderkę - są ulepione z okruszków różnych Wigilii, różnych świąt i różnych zim. Nie mam pojęcia, które wspominane wydarzenie jest wcześniejsze, a które późniejsze... Jest więc oczywiście wyprawa po choinkę, niecierpliwe wyglądanie pierwszej gwiazdki, wizyta  podejrzanie znajomo wyglądającego Mikołaja, prezenty - wszystko, na czym skupia się uwaga kilkuletniego dziecka. I zawsze w moich wspomnieniach Boże Narodzenie jest obsypane śniegiem -  może  zimowa sceneria świąt to właśnie ów pojedynczy okruch,  który udało mi się zachować w swojej pamięci.

Nie będę zrzucać całej  winy na Trumana Capote i jego opowiadania, ale   w najbliższym świąteczno-noworocznym czasie mam zamiar trochę się w ową nostalgiczną atmosferę zanurzyć. Oprócz czekającego na mnie, specjalnie przygotowanego na tę okoliczność,  zestawu książek (  "Dzieci z Bullerbyn" i "Szósta klepka"  ) do czytania, mam w planach  również  sentymentalną powtórkę filmową. Ale o filmach, które  zamierzam obejrzeć, napiszę zapewne już po świętach.

Wesołych Świąt!



O "Gwiazdce" Trumana Capote napisałam wcześniej na swoim blogu.

The Christmas Bake Off

źródło
czyli duże zamieszanie w małej mieścinie.

Wszyscy mieszkańcy Skipley są bardzo podekscytowani. Na ich doroczny Konkurs Wypieków Świątecznych po raz pierwszy przyjedzie znany juror z telewizyjnych programów  kulinarnych - Joe Carmichael.

Katie od roku prowadzi własną, wymarzoną cukiernię i dopiero od niedawna wie, że da radę się utrzymać i spłacić kredyt wzięty na otwarcie sklepu. Marzy o byciu zauważoną przez Carmichaela, tym bardziej, że znany jest on z wspierania odkrytych przez siebie nowych talentów kulinarnych.

Dla Rachel to debiut w konkursie - może być dumna z piernikowej chatki, przygotowanej według sprawdzonego przepisu teściowej. Decyzja o wzięciu udziału w rywalizacji to próba zrobienia czegoś dla siebie, udowodnienia przede wszystkim sobie samej, że potrafi coś osiągnąć w życiu.

John również debiutuje w świątecznym współzawodnictwie - i to pomimo całkowitego braku jakiegokolwiek talentu kulinarnego. Jego motywacja związana jest z pewną kasztanowłosą trzydziestolatką.

Nadchodzi 23 grudnia i mieszkańcy Skipley gromadzą się w miejscowym domu kultury wokół stołów zastawionych babeczkami, tortami, piernikami i ciasteczkami.
Po uroczystym rozpoczęciu konkursu, jurorzy próbują świątecznych wypieków, komentując rozpływające się w ustach przysmaki. Pełen oczekiwania nastrój zostaje jednak raptownie zepsuty, gdy okazuje się, że dwa spośród zgłoszonych ciast, zostały przez kogoś celowo "doprawione". Po stwierdzeniu sabotażu oburzony celebryta nie przebiera w słowach i opuszcza Skipley. Zdruzgotani uczestnicy zostają z przykrą zagadką do wyjaśnienia. Ale może jednak z całego zamieszania wyniknie coś dobrego? W końcu to już prawie Boże Narodzenie...


The Christmas Bake Off to gratisowe na brytyjskim amazonie, krótkie opowiadanie (nowelka?), pełne świątecznych zapachów i emocji, dość przewidywalne, ale sympatyczne. W sam raz jako krótki przerywnik w świątecznych przygotowaniach.

Na końcu autorka zamieściła dwa przepisy na ciasteczka - Cynamonowe Gwiazdki i Waniliowe Księżyce.


Abby Clements, The Christmas Bake Off, Quercus, 2012, Kindle Edition.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

M. H. Clark. Najdłuższa noc., M. i C. H. Clark. Przybierz swój dom ostrokrzewem.



Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

"Najdłuższa noc" to historia kobiety, która niewłaściwie ulokowawszy swoje uczucia postanowiła owoc tychże źle zainwestowanych uczuć, nowo narodzoną córeczkę, położyć wraz z wyprawką na schodach kościoła, którego pasterzom ufała. Przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że tej samej nocy, której Sondra zostawiła dziecko, do kościoła włamuje się złodziej i oprócz drogocennych kielichów przywłaszcza też sobie porzuconą dziewczynkę.

Niewielka opowiastka, klasyczna w bożonarodzeniowym wydźwięku, do przeczytania w jedno popołudnie. Ale tchnąca nadzieją i wdzięczna w lekturze.

"Przybierz swój dom ostrokrzewem" opowiada o znanej autorce kryminałów i porwaniu, którego dokonano wzorując się na jej powieściach. I znów mamy do czynienia z przedziwnym splotem wydarzeń - główna bohaterka ląduje w szpitalu z unieruchomioną nogą, a porwanym zostaje jej mąż.

Co ciekawe, w obydwu powieściach ważna rolę odgrywa pewna kobieta, która kiedyś zarabiała na życie sprzątaniem, by po wygranej na loterii zająć się, z życzliwością wobec świata równą temu, jaka okazywała wcześniej, amatorskim rozwiązywaniem zagadek kryminalnych.

I tu niestety przytyk do wydawcy - powieści wydano w odstępie roku. I w jednej książce wspomniana bohaterka ma na imię Elwira, w drugiej - Alvirah. 

Ale pomijając to - zgrabne opowiastki, które dobrze się kończą.

sobota, 6 grudnia 2014

Balsam dla Duszy na Boże Narodzenie.


Wydane przez
Wydawnictwo Rebis

Nie mam coś szczęścia do tegorocznych lektur. O ile "Najgłupszy anioł" mnie zniesmaczył, to "Balsam dla Duszy..." zesłodził niewyobrażalnie. Ja wiem, że czas Bożego Narodzenia to czas wzruszeń, porywów serca, czy drgnień skłaniających do niesienia pomocy, drgnień, których na próżno oczekiwać w innych porach roku.

Opowiadania zawarte w książce posegregowani wokół cnót: radości, prostoty, miłości, życzliwości, wdzięczności, wiary, zachwytu. Brzmi dobrze, prawda? Ale zawartość...

Po tekstach nadesłanych do książki wyraźnie widać różnice między mentalnością Amerykanów a naszą. Nie mówię, że nie jest to fascynujące, ale w "Balsamie dla Duszy..." szukałam raczej przyjaznych do czytania tekstów niż motywacji do studiów socjologicznych związanych z infantylizmem bożonarodzeniowym mieszkańców USA w opozycji do realizmu ludzi z bloku postsowieckiego.

I tym razem nie umiem zachęcić. Bywa;-)

piątek, 5 grudnia 2014

Marcin Pałasz. Elf i pierwsza gwiazdka.


Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Czasami myślę o tym, że pisanie serii książek jest jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo skoro czytelnicy pokochają bohaterów, polubią ich wady i zalety, poczują się z nimi związani, są im wiele wybaczyć, a może bardziej - wiele wybaczyć Autorowi. Z drugiej strony - szalenie trudne, bo czytelnik znudzony może przestać być czytelnikiem, więc trzeba wytężać umysł, by zawsze zapewnić miłośnikom swojej prozy odpowiednio wysoki poziom, a swoim bohaterom ujmująco atrakcyjne przygody.

Z tego, jakże kłopotliwego położenia, doskonale wychodzi Marcin Pałasz, którego kolejne powieści po pierwsze wzmagają sympatię do Elfa i jego Dużych, a po drugie - nie nudzą, a co więcej - dostarczają uśmiechu, wzbudzają zainteresowanie i co warto podkreślić, wciąż zawierają wyraźną nutę edukacyjną.

Elf nie wie co to śnie i nie wie, co to "święta". Niemniej jednak na wieść o wyjeździe i bliskim spotkaniu z resztą rodziny ludzkiej oraz spotkaniu ze swoją siostrą, tak jak on adoptowaną ze schroniska, cieszy się całym sobą. Ale zanim rodzina Elfa wyruszy w podróż trzeba kupić choinkę, upiec chleb, zabawić się w Mikołaja i spotkać z dawno nie widzianym wujkiem zza dalekiej granicy.

Im bliżej Wigilii tym robi się ciekawej, choć nie oznacza to "weselej". Dzieją się zaskakujące, czasami niezbyt miło pachnące (i nie jest to metafora) rzeczy, a atmosfera z uroczystej zamienia się w lekko zwariowaną.

Gratuluję Marcinowi Pałaszowi kolejnej książki na wysokim poziomie. Cóż - pozostaje jedynie promować adopcje psów ze schronisk; wszak jeden z nich stał się inspiracją do ważnej edukacyjnie serii powieści dla dzieci.

czwartek, 4 grudnia 2014

Christopher Moore. Najgłupszy anioł.


Wydane przez 
Wydawnictwo MAG

Po lekturze "Najgłupszego anioła" utwierdziłam się w przekonaniu, że czasami moje poczucie humoru jest zupełnie odmienne od amerykańskiego poczucia humoru. I nawet nie chodzi tu o nadwrażliwość związaną z tematyką bożonarodzeniową, którą ewentualnie mogłabym mieć, ale o to, że zombi do mnie nie przemawiają;-)

Niewielkie, z pozoru zwyczajne, miasteczko, w którym mieszkańcy mają swoje obyczaje i przyzwyczajenia, w okresie przedświątecznym odwiedza pilot z zaprzyjaźnionym nietoperzem oraz anioł, zesłaniec Niebios. A, nieco później pojawia się, dość marginalny dla całości historii, psychopatyczny, seryjny, by nie rzec bożonarodzeniowy, morderca. I niby tylko tyle jest nowych postaci, ale i one - a w szczególności anioł - robią sporo zamieszania.

Nauka z powieści Christopher'a Moore'a wynika jedna - "Uważaj, czego sobie życzysz, bo jeśli twoje życzenie spełnić się uprze niezbyt rozgarnięty anioł, to może się to źle skończyć".

Do przeczytania, ale bez fajerwerków, a bardziej z ciekawością, cóż jeszcze może się nie udać;-)

piątek, 14 listopada 2014

Świąteczne życzenie („Podarunek” - K. Mirek)


„Człowiek tak sobie żyje z dnia na dzień, martwi się większymi problemami, wyolbrzymia mniejsze i nigdy się nie spodziewa, że może nadejść prawdziwe nieszczęście*. *

Każdy z nas marzy o idealnym życiu, pracy, rodzinie, by nie było problemów. Nie wszyscy jednak potrafią docenić, to co mają i zauważyć, że chociaż nie jest, jak w wyobraźni, to może być równie wspaniale, nawet z niedoskonałościami. Wielu nie chce przyznać przed sobą, że wina nie leży tylko po jednej stronie, a po obu i jeśli się nie stara, nie pielęgnuje wszystko wali się jak domek z kart…


Mogłoby się wydawać, że Marta jest szczęśliwą kobietą. Ma dobrze płatną pracę, męża, dwójkę dzieci – starszego Łukasza i młodszą Julkę – wynajmują mieszkanie i zbierają na własny dom. Niestety pod płaszczem pozorów kryje się gorzka prawda. Kobieta jest nieszczęśliwa w małżeństwie, zmęczona obojętnością męża, brakiem rozmów z nim, tym, że się od siebie oddalili. Wiecznie złym nastawieniem teściowej wobec niej, wytykaniem, że wszystko robi źle i jawną niechęcią. Powoli z dnia na dzień w Marcie rodzi się bunt przeciwko takiemu życiu i postanawia coś w końcu zrobić, w dzień przed wigilią wypowiada życzenie… Tymczasem Kaja, młoda dziewczyna, żyjąca z dnia na dzień, nie przejmująca się problemami, popada w coraz większe długi. Każdy związek jest dla niej szansą na przypływ gotówki, a nie nową miłość. Zbliżające się święta mą być dla niej najpiękniejsze, ale okazują się przełomowe… Obie kobiety otrzymują podarunek od losu, tylko czy wykorzystają daną im szansę?


Są książki, na które czekam z utęsknieniem i w momencie gdy do mnie dotrą łapie je zachłannie i po odprawieniu swoich rytuałów czytam, czytam i czytam. Są też autorzy, do których mam tak wielkie zaufanie, że każdy kolejny tytuł biorę w ciemno, nie czekam na opinie, nie muszę też czytać blurbu, po prostu wiem, że się nie zawiodę. Jedną z takich autorek jest właśnie Krystyna Mirek, po raz kolejny utwierdziła mnie bowiem w przekonaniu, że wszystko co wyjdzie spod jej „pióra” jest… rewelacyjne.


„Ciągłe starania to tak naprawdę tajemnica udanych małżeństw”. **


W twórczości tej polskiej powieściopisarki cenię jej umiejętność obserwacji świata i ludzi. Bardzo skutecznie ukazuje, że nic nie jest tylko czarne czy białe, istnieją różne kolory i czasem potrzeba silnej woli by docenić to, co się posiada i zauważyć, że nawet gdy nie jest idealnie może być wspaniale. Na przykładzie bohaterek pokazuje iż życie nie jest łatwe, czasem daje niezłego kopa i wymaga wzmożonego wysiłku, podjęcia walki i nieodkładania problemów na jutro, bo tylko rosną i robią się coraz większe. Porusza również temat związku, jeśli się o niego nie dba, nie rozmawia z partnerem, nie stara się by spędzać ze sobą czas coś się psuje. To, co było miłością może okazać się ulotnym wspomnieniem zakrytym ciszą i gromadzonymi pretensjami. Kolejnym atutem Mirek jest to, że nie ocenia, a jedynie opisuje i pozostawia pole do rozmyślania, co jeszcze jest istotne to iż jej książki są bardzo realne i życiowe. Niczego nie ma za dużo, ani za mało, wszystko jest w idealnych proporcjach i rzeczywiste, ale dodaje przy tym trochę kolorów, nadziei i wiary.
.
W niebywale lekkiej formie, trafiającej jednak do odbiorcy, przelewa na papier uczucia i to co zaobserwuje. Nie pisze o niczym nowym, tylko o tym, co może spotkać każdego człowieka, ale robi tak dobrze i interesująco iż nawet przez chwilę nie czuje się znużenia i schematyczności – bardzo uciążliwej w wielu powieściach. Historia jest przemyślana i dopracowana, całość układa się w spójną i logiczną opowieść. Akcja nie pędzi, ale na nudę w trakcie czytania narzekać się nie będzie, bo dzieje się i to dużo.


O postaciach, szczególnie Marcie i Kai, mogłabym się rozpisać, ale obawiam się, że przy tym zdradziłabym poniekąd zbyt dużo z fabuły. Ogólnie mogę jednak napisać, że są to kobiety całkowicie odmienne, ale obie w tym samym momencie zaczynają zmieniać swoje życie, co prawda z różnym skutkiem, potknięciami i niepewnością co dalej, ale zawsze do przodu. W trakcie śledzenia fabuły nie dało się nie zaobserwować zmian jakie w nich zaszły i jak to wpłynęło na nie same, rodzinie i otoczenie. Bohaterowie są pełnokrwiści, wyraziści i tacy prawdziwi. Każdy z nich miał do odegrania swoją rolę i całość wydarzeń ich postępowań i zachowań idealnie się łączyła.


Za co uwielbiam książki Krystyny Mirek? Za to, że za każdym razem sprawia iż zatracam się w nich bez opamiętania, za jej spostrzegawczość, zmysł obserwacji, umiejętność przekazywania emocji i prawd życiowych krótkimi prostymi zdaniami. Jeszcze za pisanie o czymś realnym, bez ubarwiania, ale dając przy tym mały promyk nadziei. Za niepowtarzalny klimat w każdej powieści. I za więzi łączące bohaterów oraz wplatanie zabawnych sytuacji gdy atmosfera robiła się zbyt ciężka i za to, że potrafi mimowolnie wywołać uśmiech na mojej twarzy, gdy się zupełnie tego nie spodziewam i wyciska łzy… Wszystko to i zapewne jeszcze parę innych rzeczy znajduje się w „Podarunku”, powieści utrzymanej w duchu świąt, ale nie przesłodzonej. Da się wyczuć magie świąt, ciepło z niej płynące, ale to losy bohaterów najbardziej intrygują i po prostu nie można przejść obok nich obojętnie tylko się im kibicuje i trzyma kciuki za to by się ułożyło. Książka niesamowita, rewelacyjna i chyba jak dotąd najlepsza w dorobku autorki. Tak jak dotąd polecałam wszystkim „Pojedynek uczuć”, tak teraz jako pierwszy będę podsuwać ten tytuł.


„Podarunek” to książka idealna nie tylko w okresie świątecznym, ale i na cały rok. Przyznam jednak, że teraz, gdy budzi się w nas duch Bożego Narodzenia może być inaczej odebrana. Zawiera w sobie wszystko co powinna zawierać dobra powieść, emocje, ciekawą fabułę, akcję, opisy oraz bardzo ważny przekaz. Polecam, z całego serca i z pełną odpowiedzialnością. A pani Krystynie życzę weny na kolejne takie perełki i dziękuję za to co dostarczyła mi ta publikacja…


„Szczęście jest nadpobudliwe. Dziś jest tu, jutro gdzie indziej. Przysiądzie w jakimś miejscu, potem leci dalej. Trzeba je łapać na każdym kroku, łowić najmniejsze okruszki w każdej chwili życia. Żeby potem nie żałować. Kto raz się nauczy, jak szukać powodów do radości, potem widzi je wszędzie”.***


*Krystyna Mirek, „Podarunek”, s. 60
**Tamże., s. 182
***Tamże., s. 354