Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Ysabell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Ysabell. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 stycznia 2011

Podsumowanie Ysabell

Wyzwanie skończyło się wczoraj, najwyższy czas zatem sprawdzić, czy udało mi się wypełnić podstawowe założenia. Pogrzebmy trochę i zobaczmy o co tak naprawdę chodziło w całej zabawie.
Celem wyzwania jest przeczytanie minimum jednej książki i obejrzenie minimum jednego filmu o tematyce związanej z Bożym Narodzeniem (ale bardzo szeroko rozumianej) i zamieszczenie ich recenzji (...).
Wyzwanie trwa od 28 listopada do 15 stycznia.
Na blogu można zamieścić całą recenzję lub link do niej na własnym blogu. [źródło]
Minimum jedna książka i jeden film do 15 stycznia — są. Recenzje na blogu — są (dowody znajdują się tutaj i tutaj). Co prawda w planach było trochę co innego, ale zadanie wykonane. Oprócz tych dwóch recenzji zamieściłam na blogu wyzwaniowym mój ulubiony świąteczny wiersz i wpis o piosenkach, które mi się ze świętami kojarzą (zamieściłam go również na swoim nieksiążkowym blogu).
Tyle, jeśli idzie o blog wyzwaniowy i spełnienie warunków uczestnictwa w wyzwaniu.Jak natomiast wygląda moje podsumowanie świątecznych lektur i filmów?
Przeczytałam oczywiście Tajemnicę świątecznego puddingu (zrecenzowana). Poza nią podczytywałam kilka świątecznych książek, ale żadnej nie przeczytałam w całości. Z Noelki przeczytałam sobie o Bożym Narodzeniu u Borejków, z Małych kobietek o ich świętach, a za Świąt z Anią o Bożym Narodzeniu na Zielonym Wzgórzu (tym z Ani z Zielonego Wzgórza i tym z Ani z Szumiących Topoli).
Filmów obejrzałam więcej niż się spodziewałam, większość już po świętach. Były wśród nich zrecenzowane Love Actually, Cud na 34. Ulicy i The Family Stone, a poza nimi jeszcze Boże Narodzenie Herculesa Poirota (z Davidem Suchetem w roli Poirota). Poza tym, zgodnie z planami obejrzałam sceny wycięte z Love Actually, a do tego komentarz audio do tego samego filmu (komentowali Richard Curtis, Hugh Grant, Bill Nighy i Thomas Brodie-Sangster), który okazał się być niemal tak samo zabawny jak sam film. Bardzo polecam zwłaszcza tym, którzy Love Actually znają już na pamięć, a ciągle mają go ochotę obejrzeć.
I na koniec o tym, czego nie obejrzałam i nie przeczytałam. Żałuję, że nie udało mi się wrócić do Wiedźmikołaja ani w wersji książkowej, ani filmowej. Chciałabym też zobaczyć Cud na 34. Ulicy w wersji oryginalnej (tej z lat 40.), a także kilka filmów recenzowanych przez uczestniczki wyzwania (ze Świętami Last Minute na czele, chociaż mogę też przeczytać książkę).
Ogólnie czuję się zadowolona ze swoich wyników i swoich okołogwiazdkowych lektur i filmów. Mam też trochę przemyśleń ogólniejszych. To było moje pierwsze wyzwanie czytelnicze w ogóle i przekoanałam się, że jestem w stanie brać w nich udział, ale z drugiej strony zobaczyłam też, że kiedy zobowiążę się do czytania czy oglądania czegoś, zupełnie przestaję mieć na to ochotę. Nie chce mi się do tego brać, a pisanie recenzji to prawdziwa męczarnia. W związku z powyższym przemyślę dobrze zapisywanie się do kolejnych wyzwań, chociaż kilka mnie kusi. A propos wyzwań, u Mooly trwa dyskusja na ich temat, zapraszam do przyłączenia się. No i do zobaczenia (jeśli nie jako uczestniczka, to jako czytelniczka) za rok.

sobota, 15 stycznia 2011

Bożonarodzeniowe filmy Ysabell

Obejrzałam trzy i jakiś czas zastanawiałam się o którym tu napisać. Ale w sumie po co się zastanawiać? Napiszę po prostu po trochu o wszystkich i nie będę miała kłopotu z wyborem.

Tradycyjnie w okolicy tych świąt oglądam Love Actually (polski tytuł, który niby nie jest zły, ale jakoś nie trzyma mi się pamięci to To właśnie miłość). W tym roku było podobnie. Bardzo lubię tę komedię romantyczną, która troszeczkę wyrasta ponad swój gatunek. Wyrasta, bo nie cały czas jest komedią, zahaczając miejscami o komediodramat, a nawet po prostu dramat. Troszeczkę, bo te wątki nie są esencją filmu tylko wisienką na torcie.

Przeplatają się w tym filmie historie różnych ludzi: mamy premiera, portugalską sprzątaczkę, wdowca z pasierbem, młodą mężatkę, starego rockmana i wielu innych. Z początku oddzielne, wątki powoli może nie łączą się, co splatają. Bohaterowie spotykają się w pracy, szkole, na lotnisku. Mieszkają obok siebie, przyjaźnią się albo razem pracują. A cały film mówi o tym, że miłość jest wszędzie wokół nas. I rzeczywiście, kiedy się go obejrzy (najlepiej zakąszając dodatkowymi scenami z DVD) można w to uwierzyć i przez jakiś czas chodząc po mieście rozglądać się za nią i ją dostrzegać.

Ja mam w tym roku jeszcze przed sobą komentarze twórców (bonus z DVD), ale na pewno sobie ich nie odmówię. To właśnie miłość to film, który spokojnie można ten raz w roku obejrzeć i stale zauważać w nim coś nowego. Wady? Niewiele, a tylko jedna rzucająca się bardzo w oczy: wszyscy bohaterowie są piękni. Dziewczyna która gra tą "grubą" nosi pewnie ciuchy nr 40, a Emm Thompson narzeka na swoją figurę beż praktycznie żadnych powodów wizualnych. Brzydkie kaczątko z Portugalii zmienia się w pięknego łabędzia i nawet ci starsi — weźmy parę Emma Thompson (52 lata) i Alan Rickman (65 lat) — są przepiękni. Czyli brzydcy ludzie raczej nie mają szansy na miłość (również z tego powodu naprawdę polecam wycięte sceny i wątek dyrektorki szkoły. Jest chyba najlepszy z całego filmu).

Taki sam zarzut (wszyscy piękni) można by wysunąć wobec mojej drugiej filmowej świątecznej miłości — Cudu na 34. Ulicy (znaczy, przepraszam, w Polsce ta wersja nazywa się Cud w Nowym Jorku). Na szczęście tutaj wątek romantyczny jest niejako na doczepkę, a główną rolę gra wiara w Świętego Mikołaja i ludzka dobroć. Natomiast rolę Świętego Mikołaja, czyli Krissa Kringle gra niesamowity Richard Attenborough (rocznik 1923), starszy brat Davida, tego od zwierzątek. Attenborough w chwili kręcenia tego filmu był już po siedemdziesiątce, ale i tak ukradł cały film pozostałym wykonawcom. Druga moja ulubiona postać to Susan, sześciolatka która nie wierzy w Mikołaja... do czasu, oczywiście.

Film jest staroświecki (w końcu to remake filmu z lat czterdziestych), całkowicie nieprawdopodobny i niesamowicie uroczy. O co w nim chodzi? Dom handlowy zatrudnia przypadkiem jako Mikołaja... prawdziwego Mikołaja (albo człowieka, który się za niego uważa) i od tego momentu jego notowania rosną. Konkurencja posunie się do najbardziej brudnych sztuczek, żeby tylko wygrać walkę o klienta. A w tym wszystkim pani menedżer wysokiego stopnia, jej córka (obie w Mikołaja nie wierzą) i sąsiad prawnik (wierzy, a do tego jest chodzącym ideałem każdej kobiety). I tyle. Trochę cukierkowo, trochę bajkowo i w sumie klimat tego filmu kojarzy mi się trochę z Mary Poppins. Ale warto sobie czasem obejrzeć na święta takie cudo. Zwłaszcza w powodzi głupawych współczesnych komedii świątecznych. Cud na 34. Ulicy ma urok starego kina. Bardzo polecam, a ja sama koniecznie muszę sięgnąć po wersję z roku 47, bo widziałam ją już tak dawno, ze nic nie pamiętam...

Trzeci film świąteczny, który widziałam w tym roku to The Family Stone, czyli po polsku (paskudnie!) Rodzinny dom wariatów. Podobał mi się dużo mniej niż mój żelazny świąteczny repertuar. To taka zwariowana komedyjka o rodzinie, która jest wyluzowana, ale nie do tego stopnia, żeby zrozumieć, że jeden z synów może zechcieć ożenić się z kobietą niewyluzowaną. Syn przywozi dziewczyną na Święta, rodzina rzuca głupie uwagi, dziewczyna bardzo się stara, nic jej nie wychodzi, czuje się nielubiana (słusznie), sprowadza siostrę, która dużo lepiej pasuje do zwariowanej rodzinki... a dalej sprawy rozwijają się z grubsza tak jak można to przewidzieć. Nic nowatorskiego, śmiesznie bywa, owszem. Plus za to, ze nie wszyscy są piękni, duży plus za wprowadzenie wątku choroby (śmiertelnej) i kolejny duży za wprowadzenie wątku kalectwa i odmiennej orientacji seksualnej. Dla tych dwóch ostatnich warto ten film obejrzeć, choć ostatecznie oceniam go jako średni.

I tyle jeśli idzie o moje święta na filmowo. Wszystkie filmy warto zobaczyć, dwa pierwsze warto pokochać i do nich wracać. I żeby nie były to tylko suche polecanki oddalam się teraz obejrzeć Love Actually z komentarzami twórców. Co z tego, że już po świętach? To naprawdę sympatyczny film.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Tajemnica gwiazdkowego puddingu

Tytuł: Tajemnica gwiazdkowego puddingu
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: The Adventure of the Christmas PuddingJęzyk oryginału: angielski
Tłumacz: Krystyna Bockenheim
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 260
Kiedy myślę o książkach Agathy Christie kojarzących się z Gwiazdką, na myśl przychodzi mi przede wszystkim Boże Narodzenie Herkulesa Poirot (znane też jako Morderstwo w Boże Narodzenie). A niesłusznie, ponieważ najbardziej świątecznym jej dziełem, utworem w którym czuje się atmosferę porządnych staroświeckich angielskich świąt, jest opowiadanie Tajemnica gwiazdkowego puddingu. Ten krótki (niecałe 60 stron) tekst użyczył swojej nazwy całemu zbiorkowi opowiadań Christie. Sześć opowiadań, jedno z panną Marple, pięć z Poirotem tworzą razem jeden z lepszych (jeżeli nie najlepszy) zbiorów Agathy Christie. Jeśli ktoś ma ochotę poznać Herkulesa Poirot, a obawia się tracić czas na powieść, Tajemnica gwiazdkowego puddingu będzie doskonałym wyborem.
Lubię opowiadania. W przeciwieństwie do wielu osób, których opinie czytuję w Internecie, nie mam zamiaru pisać, że "co prawda nie lubię opowiadań, ale...". Przeciwnie — w wielu wypadkach wolę opowiadania niż powieści. Ogromnie cenię u pisarzy zwięzłość, precyzję i umiejętność zmieszczenia się z fabułą w tej krótkiej formie. I takie właśnie są te teksty. Z czytanych ostatnio Sekretnych zapisków Agaty Christie wyczytałam, ze z czasem autorka coraz mniej pisała krótkich tekstów, skupiając się na powieściach (często opartych na tym samym pomyśle, co wcześniejsze opowiadania). Wielka szkoda, bo teksty takie jak w Tajemnicy gwiazdkowego puddingu są lepsze od wielu jej powieści.
W większości opowiadań spotkamy Herkulesa Poirot. Czy jest ktoś, kto nigdy o tym detektywie nie słyszał? Pewnie tak, ale mam nadzieję, że nie jest takich osób zbyt wiele. Mały Belg o nienagannym wyglądzie, głowie w kształcie jajka i niesamowicie zadbanych wąsach wielu czytelników denerwuje swoim zadufaniem i, co tu dużo mówić, bucowatością. Mnie ostatnio wnerwia jakoś mniej niż kiedyś. Może to dlatego, że kiedy czytam kryminał po raz piąty powoli zaczynam być równie mądra co Poirot? Widać i moje "małe szare komórki" stają się coraz mądrzejsze.
Wracając jednak do Tajemnicy gwiazdkowego puddingu. Opowiadania naprawdę bardzo mi się podobały. W porównaniu z Dwunastoma pracami Herkulesa, które czytałam trochę wcześniej są wręcz genialne. Oczywiście, mamy tu do czynienia z porządnym staroświeckim kryminałem, w którym detektyw przepytuje podejrzanych, ogląda miejsce zbrodni, a przede wszystkim siedzi i myśli. Nie uświadczymy tu wstawek sensacyjnych, pościgów, strzelanin czy mrocznych skandynawskich detektywów. Wszystko jest eleganckie i bardzo angielskie, na czele z nienagannym lokajem Poirota — Georgem (George to chyba mój ulubiony bohater cyklu o Poirocie) i sekretarką — panną Lemon.
Jeśli tylko nie odstrasza Was ta spokojna angielskość, sięgnijcie po opowiadania, w których Poirot zmierzy się ze złodziejem rubinu radży (Tajemnica gwiazdkowego puddingu), mordercą antypatycznego bogacza (Popychadło), śmiałym mordercą, który popełnił niemal zbrodnię doskonałą (Zagadka hiszpańskiej skrzyni), a także dwoma dziwnymi przypadkami: najprawdopodobniej wypadkiem (Dwadzieścia cztery kosy) i samobójstwem (Sen). Na koniec zaś panna Marple odkryje przed Wami tajniki kolejnej paskudnej zbrodni (Szaleństwo Greenshawa).
W króciutkiej przedmowie autorka pisze, że Zagadka hiszpańskiej skrzyni to ulubiona sprawa Poirota, natomiast panna Marple jest niezwykle zadowolona ze swojej przenikliwości w sprawie Szaleństwa Greenshawa. Sama Agatha Christie największą sympatią darzyła opowiadanie tytułowe:
Moją słabostką jest "Tajemnica gwiazdkowego puddingu", ponieważ przywołuje na pamięć bardzo przyjemne święta mojej młodości...
To naprawdę sympatyczne opowiadania. Sięgnijcie po nie jeśli będziecie mieli okazję.
Moja ocena: 7,5/10
PS. Recenzję opublikowałam również na swoim blogu.

piątek, 24 grudnia 2010

Mój ulubiony świąteczny wiersz

Kto wymyślił choinki?

Moje kochane dzieci,
był taki czas na świecie,
ze wcale nie było choinek,
ani jednej, i dzięcioł wyrywał sobie piórka
z rozpaczy, i płakała wiewiórka,
co ma ogonek jak dymiący kominek.

Ciężkie to były czasy niepospolicie,
bo cóż to, proszę was, za życie
na święta bez choinki, czyste kpinki.
Więc kiedy nadchodziły święta,
dzieci w domu, a w lesie hałasowały zwierzęta:
— My chcemy, żeby natychmiast były choinki!

Ale nikt się tym nie zainteresował,
aż wreszcie powiedziała mądra sowa:
— Tak dalej być nie może, obywatele.
Ja z sowami innymi trzema
zrobię bunt, bo choinek jak nie ma, tak nie ma,
tylko mak i suszone morele.

I rzeczywiście: jak przychodziła Gwiazdka,
nic nigdzie nie tonęło w blaskach,
był to widok nader niemiły;
i nikt nie myślał o zielonej świeczce,
i ciemno było, proszę was, jak w beczce,
przez to, że się nigdzie choinki nie świeciły.

Ale w chatce na nóżkach sowich
mieszkał pewien tajemniczy człowiek,
który miał złote książki i zielone pióro.
I jak nie krzyknie ten dobry człowiek:
— Poczekajcie chwilkę, ja zaraz zrobię,
że nigdzie nie będzie ponuro.

No i popatrzcie: od jednego słowa
świerki strzelają, gdzie była dąbrowa,
choinki nareszcie będą.
Bo ma poeta słowa tajemnicze,
którymi może spełnić każde z życzeń.
(A ten człowiek był właśnie poetą):

To on nauczył, jak sie świeczki toczy,
jak się z guzików robi skrzatom oczy,
on, namówiony przeze mnie;
i jak się robi z papieru malutkie okręty,
i to on ułożył te wszystkie kolędy,
które śpiewać jest tak przyjemnie.

To on, moi srebrni, moi złoci,
zawsze jest pełen dobroci,
w nim jest ta pogoda i nadzieja;
to on nauczył, jak zawieszać zimne ognie,
i on te świeczki odbija w oknie,
ze okno jest jak okulary czarodzieja.

Więc już teraz, chłopcy i dziewczynki,
czy wiecie, kto wymyślił choinki?
czy już teraz każde dziecko wie to?
Chórem dzieci: TO TEN ODWAŻNY, DOBRY CZŁOWIEK,
CO MIESZKA W CHATCE NA NÓŻKACH SOWICH,
CO LUDZIE PRZEZYWAJĄ POETĄ.

Więc gdy śnieg na święta zatańczy,
pomyśl, proszę, najukochańszy,
o tym panu, co układa rymy,
prześlij mu życzenia na listku konwalii,
a myśmy już mu telegram wysłali,
bo my wszyscy bardzo go lubimy.


Konstanty Ildefons Gałczyński
1948

czwartek, 16 grudnia 2010

O świętach na smutno


Jakoś tak jest, że poza radosnymi (zazwyczaj angielskimi) piosenkami świątecznymi, równie radosnymi (tym razem polskimi) pastorałkami i lirycznymi kolędami (też głównie polskimi), okres przedświąteczny nieodmiennie kojarzy mi się z kilkoma piosenkami, których nie da się zakwalifikować do żadnej z powyższych kategorii. Są one na ogół dość ponure, albo przynajmniej niewesołe, ale złośliwie chodzą za mną w ten radosny poniekąd czas, złośliwie nucą się (same!) zamiast czegoś weselszego. I dobrze, bo bardzo je cenię. Pomagają mi nie zwariować, nie popaść w świąteczny szał napędzany przez telewizję i centra handlowe, a czasem nawet chwilę pomyśleć.
Zacznijmy może delikatnie: ta piosenka nie jest nawet specjalnie smutna, jeśliby spojrzeć bez emocji na tekst. Co prawda podmiot liryczny ma widać jakiś "żal", skoro chce go zamienić, ale już "sny" nie wydają się specjalnie przygnębiające. To jeśli chodzi o tekst, bo Artysta, który ten tekst napisał i który piosenkę wykonuje po prostu nie jest za wesoły. To widać z wyrazu twarzy... A mam na myśli pana Andrzeja Poniedzielskiego i jego piosenkę "Podanie o...".
Wbrew temu, co można wyczytać na filmie, muzykę do tej piosenki skomponowała pani Małgorzata Kamińska, tak przynajmniej wynika ze strony artysty, jednak w tym filmie jest ciekawsza wersja nagrania.
Pociemniał blask i moc truchleje
radio nadaje o pokoju
znak to, że musi - idą święta
kiermasz dobroci i nastroju.
Niebieski Panie Dyrektorze
nim się pojawi pierwsze danie
na wigilijnym, białym stole
znajdziesz coroczne moje podanie.

Zamień mój żal na bal, na bal
a sny pozamieniaj na dni
dla Ciebie to kwestia zmiany liter
dla mnie to życie.

Być może po mnie pozostanie
tak popularne dziś niewiele,
nie jest tak trudno trafić z życiem
między UNESCO a skup butelek.

Więc nie ma sensu ni powodu,
aby cię prosić o ratunek,
to tylko moje małe sprawy,
ty masz na głowie ten gatunek.

Zamień mój żal na bal, na bal,
a sny pozamieniaj na dni,
dla Ciebie to kwestia zmiany liter,
dla mnie to życie.

Niebieski Panie Dyrektorze
gdzieś między karp, a śledź w śmietanie
składam co roku, mimo wszystko
to podniszczone już podanie.

Zamień mój żal na bal, na bal,
a sny pozamieniaj na dni,
dla Ciebie to kwestia zmiany liter,
dla mnie to życie.

Kolejna piosenka nosi bardzo adekwatny tytuł. Od razu wiadomo o co chodzi i czego się spodziewać. A do tego śpiewa ją Magda Umer, która w piosenkach smutnych (czy, powiedzmy, lirycznych) bardzo mnie przekonuje. A piosenka o której myślę, to "Bardzo smutna kolęda" (słowa Magda Czapińska, muzyka Jerzy Derfel). Znalazłam ją tylko w wersji audio, ale naprawdę warto jej posłuchać mimo tego jednego kliknięcia więcej.

Magda Umer - Bardzo smutna kolęda
Moja kolęda będzie smutna,
Jak nasze życie połamane.
Moja kolęda będzie gorzka,
Jak codzienności naszej smak.
Jak my, w tym wszystkim pogubiona,
Po ludzku jutrem przestraszona
Moja kolęda niepokorna,
Której do szczęścia tyle brak.

Czuję się niczym w wannie karp,
Coś mocno tak uwiera duszę,
A tutaj święta i anioły
Mrugają do mnie spod jemioły.
Więc, uśmiechając się przez łzy,
Panią Nadzieję proszę by
Zeszła tu, w noc grudniową, z nieba
Bo jakże bez niej dzisiaj śpiewać?

Bez niej kolęda będzie smutna,
Jak nasze życie połamane.
Bez niej kolęda będzie gorzka,
Jak codzienności naszej smak.
Jak my, w tym wszystkim pogubiona,
Po ludzku jutrem przestraszona,
Moja kolęda niepokorna,
Której do szczęścia tyle brak.

W stajence leży Boży Syn,
Bezbronny- jak te wszystkie dzieci,
Które zmieniają się w anioły,
Wśród wojen, głodu i zamieci.
W oczach ich matek ból i troska,
A każda z nich jak Matka Boska.

I o tym trzeba dziś pamiętać,
Bo w tym jest mądrość tego święta.
Zrobiło się smutniej? To lecimy dalej. A dalej mamy coś jeszcze mocniejszego. No co ja poradze na to, że świąteczny czas mojej podświadomości kojarzy się w ten, a nie inny sposób? Tym razem tekst piosenki napisał Stanisław Skonieczny, muzykę Zbigniew Preisner, a śpiewa ją Anna Szałapak. "Betlejem polskie".

Dolina zwierząt ciemna tak że giną drzewa
A cisza jest jak okna dalekiego blask
Czai się w niej zagłady ognista ulewa
Księżyc dzwoni za chmurą jak nad grobem kask

Gubi się tu milczenie po omacku rąk
Oddychać ustom trzeba żeby nie umarły
Ta noc jest jak zamknięty szczelnie grochu strąk
Do którego promienie słońca nie dotarły

I śpiewają ten mroźny kolędowy czas
A rzeka stoi w miejscu groźna w lód zakuta
I niesie się biała wigilijna nuta
Przez doły ciała pełne w którym oddech zgasł

Każe mi me milczenie nie dobywać słowa
Z płuc moich z gardła mego z niespokojnych snów
I toczy się tak ziemia jak odcięta głowa
A nad nią słychać szelest żerujących słów

Nauczeni przyzywać Boga po imieniu
Zapomnieli swego gdy naszła ich śmierć
Wśród śnieżycy dreptają w niepewnym płomieniu
Betlejemskiej gwiazdy nadzianej na żerdź

I śpiewają ten mroźny kolędowy czas
A rzeka stoi w miejscu groźna w lód zakuta
I niesie się biała wigilijna nuta
Przez doły ciała pełne w którym oddech zgasł
Na koniec została piosenka mniej może przerażająca, za to zdecydowanie bardziej (mnie przynajmniej) poruszająca. Nieco bliższa życia po prostu. Dla gimnastyki umysłu (i ponieważ piorunujące wrażenie zrobiła na mnie prostota tego konkretnego wykonania) wideo będzie po czesku. Bo i piosenka jest czeska. Jesli ktoś będzie zainteresowany, to mogę wrzucić równiez wersję polską w wykonaniu Antoniny Krzysztoń. A na razie Karel Kryl i "Vánoční" (słowa i muzyka Karel Kryl, tłumaczenie polskie Maryna Miklaszewska)
Nim z drzewka szpilki spadną
Jemiołę wieszam tam
Gdzie się zazwyczaj kładłeś spać
Opada ołów na dno
Zdjęcie Twe nad stołem
Z Twej kromki chleba
Rano ptakom rzucę garść
Za Ciebie świeczkę zgaszę
Jabłko w krzyż rozkroję
Na niebie wzejdzie gwiazda gwiazd
Twój talerz obok naszych
Na paczce imię Twe
Odczytam cicho, a więc jesteś pośród nas

Za oknem dźwięk dzwoneczków
Śnieg sypie biało
Na sianku śpi w skrzyneczce dzieciątko małe
Oczy zamknęło sennie, nucimy mu kolędę
Śpij Jezuniu, śpij

Słoninka dla sikorek
Na stole tort i mak
Od jutra coraz krótsza noc
Mróz cukru sypnął worek
Pajacyk w stroju z łat
I jedno krzesło, jedno krzesło puste wciąż
I jedno krzesło, jedno krzesło puste wciąż
I tym optymistycznym akcentem... Czy może raczej — i tym pesymistycznym akcentem kończę zestawienie smutnych świątecznych przebojów. Posłuchajcie jeśli macie ochotę, a jeśli nawet trochę Was to zasmuci, to reszta wpisów na tym blogu łatwo ten smutek zniweluje. Albo przynajmniej pokaże sposób w jaki można to zrobić. I wszystko wróci do normy, ale będziecie bogatsi o cztery piękne piosenki.
Ten post opublikowałam również na moim blogu.

wtorek, 14 grudnia 2010

Witam i ja

Mnie też tak spodobała się idea tego bloga, ze postanowiłam spróbować sprostać wyzwaniu. Z tym, że dla mnie wyzwaniem będzie zapewne nie obejrzenie czy przeczytanie czego trzeba, ale napisanie o tym tutaj.

Na razie witam Was wszystkich (wszystkie? jest wśród uczestników jakiś mężczyzna?) serdecznie i dla wprowadzenia świątecznej atmosfery dzielę się tymi utworami, które już czytałam i oglądałam, a które mnie kojarzą się ze świętami.

1. "Noelka" Małgorzaty Musierowicz — najbardziej świąteczna część Jeżycjady, trochę smutna (chyba bardziej niż wynosi średnia w cyklu) ale też bardzo ciepła i świąteczna. Mam zamiar powtórzyć ją sobie i na te święta. Może przeczytam całość, a może tylko moją ulubioną scenę wigilii u Borejków...

2. "Małe kobietki" Luisy May Alcott też kojarzą mi się bardzo świątecznie, choć przecież święta to tylko mały urywek tej książki. Jednak jakiś klimat świąteczny musi w nich być, skoro kojarzą się nie tylko mnie, ale też na przykład karto_flanej. Do mnie jakoś bardziej świątecznie przemawia książka niż film, ale i film jest "w klimacie".

3. Dość często w czasie okołoświątecznym wracam do zbioru opowiadań i urywków z różnych powieści Lucy Maud Montgomery pod tytułem "Święta z Anią". Nie jest to może zbiór specjalnie ambitny, jednak na święta jakoś nie szukam ambicji, a ciepło bijące od opowieści L.M. Montgomery, nawet tych średnich lotów jest krzepiące. Zawsze bardzo lubiłam rozdział o świętach z "Ani z Zielonego Wzgórza", a i on jest zawarty w tym zbiorku.

4. "Boże Narodzewnie w Lost River" Fannie Flagg to moje stosunkowo nowe odkrycie. Piękna bajka na czas zimowy, czytana kiedy indziej traci wiele ze swojego klimatu o staje się dość przewidywalną przypowiastką. A w święta jest krzepiącą opowieścią o dobrych ludziach i zbiegach okoliczności.

5. Pod tym numerkiem będzie film, który już na tym blogu był omawiany i to nie raz. Film, który kojarzy mi się niesamowicie ze świętami, a poza tym jest po prostu dobry. Dobrze rozpisany, dobrze wyreżyserowany i dobrze, a nawet miejscami świetnie zagrany: "Love Actually" (na polski tłumaczone jako "To właśnie miłość"). Każdy lubi ten film za inny wątek, w zależności od ulubionych aktorów i wrażliwości. Ja najbardziej polubiłam historię dyrektorki szkoły, który w pełni pojawia się dopiero w scenach dodatkowych wyciętych z ostatecznej wersji filmu. Dlatego zawsze kiedy oglądam "Love Actually", oglądam też materiały dodatkowe. Mam wrażenie, że mój Mąż powoli zaczyna nie lubić tego filmu...

6. Innym filmem, który bardzo kojarzy mi się ze świętami jest "Cud na 34. Ulicy". Piękna baśń o Świętym Mikołaju, a może bardziej o wierze w Świętego Mikołaja. Bardzo ten film lubię i staram się oglądać go jak najczęściej, bo jest jednym z niewielu filmów, które zostawiają mnie z tak doskonałym spokojem. Powinni go sprzedawać na receptę.

7. Kolejna z moich ulubionych książek i filmów to "Wiedźmikołaj" ("Hogfather") Terry'ego Pratchetta. Może i akcja powieści Pratchetta dzieje się w Świecie Dysku, a nie na Ziemi, ale "Wiedźmikołaj" jest na wskroś świąteczny, właśnie w ziemski sposób. Mnóstwo celnych obserwacji, wciągająca akcja, cięty humor i gadający kruk to nie jedyne zalety tej książki. Ja lubię ją ogromnie i czytam nie tylko od święta.

Jest jeszcze kilka książek, w których Boże Narodzenie jest istotne, ale lubię cyfrę 7, więc niech zostanie to co powyżej. Poza numeracją dodam jeszcze niesamowitą sztukę "Świąteczne życzenia" Alana Ayckbourna. Sztukę, którą oglądamy przed świętami całą rodziną, żeby zobaczyć jak mogą wyglądać święta i żeby się przekonać, że jesteśmy szczęściarzami. Prześmieszna i dość tragiczna.

To tyle o rzeczach, które już widziałam, co natomiast zamierzam? Bez szaleństw: planuję przeczytać "Noelkę" i może "Wiedźmikołaja" i obejrzeć "Love Actually" z dodatkami. Co więcej, to sie okaże.

Chciałabym napisać trochę o muzyce, która kojarzy mi się ze świętami — nie tylko o kolędach i pastorałkach, nie tylko o angielskich christmas songs, ale też o piosenkach okołoświątecznych, które przypominają mi o sobie w grudniu, a nie wszystkie są ciepłe i wesołe. Mam więc nadzieję, ze w następnym wpisie będzie trochę o smutnych świętach. W końcu w tej notce słowa "ciepły" i "krzepiący" przewijały się z przesadną częstotliwością...

No i jeszcze raz grzecznie się witam, dygając.