Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - guciamal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - guciamal. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 grudnia 2012

W księżycową, jasną noc William Wharton


Wydawnictwo Rebis, rok 1999, ilość stron 246

Jeszcze nie tak dawno temu gotowa byłam kruszyć kopie z każdym, kto źle wyraził by się o książkach Whartona, jeszcze nie tak dawno temu polecałam W księżycową, jasną noc, jako jedną z najlepszych książek tego pisarza i jedną z najlepszych książek na temat bezsensu wojny. Dziś przeczytawszy ją po raz kolejny zastanawiam się, dlaczego książka, która zachwycała mnie przed laty została teraz odebrana, jako pozycja co prawda nie najgorsza, ale żadne takie tam; najlepsza, wnikliwa,  dogłębna. Nie sugeruję się opiniami innych, (zresztą większość znalezionych w internecie opinii jest dość entuzjastyczna), więc dlaczego.

Książka dotyczy autentycznych przeżyć pisarza podczas II wojny światowej. W 1944 roku w Ardenach, tuż przed świętami Bożego Narodzenia Will Knott (czyli William Wharton, a raczej Albert du Aime) wraz z pięcioma żołnierzami, zostaje wysłany przez trzęsącego portkami dowódcę Love`a na zwiad. Jakie jest zadanie zwiadowców – tego nie wie nikt. Mają spenetrować teren, zorientować się, czy opuszczony pałac jest rzeczywiście opuszczony i pojmać języka. W jakim celu? No chyba jedynie takim, aby ich zwierzchnik mógł się wykazać przed dowództwem. Sześciu nieprzeciętnie zdolnych, młodych ludzi (o IQ ponad 120) usiłuje przeżyć. Ratując się od uporczywych myśli o koszmarze wojny wykorzystują każdą wolną chwilę na to, aby zapomnieć, gdzie się znajdują; czytają książki (ku zgrozie dzisiejszych bibliofilii dzielą jeden egzemplarz na części tak, aby mogli czytać jednocześnie), rozgrywają brydżowe rozdania bez użycia kart, rysują na kawałkach kartonu, wymyślają słowne łamigłówki oraz grają na skrzypcach. Nie są to zajęcia, jakich można by się spodziewać po żołnierzach, których codzienność stanowią paro-godzinne warty w zimnych, błotnistych okopach. Oddział Willa natyka się na oddział żołnierzy niemieckich, który podobnie jak oni ma już dość działań wojennych, bezsensownego zabijania, strachu, zamierza się poddać. Pertraktacje pokojowe toczą się z towarzyszeniem bitwy na śnieżki, śpiewu kolęd oraz wymiany podarków bożonarodzeniowych. Zakończenie nie ma jednak nic wspólnego z idylliczną atmosferą świąt.

W księżycową, jasną noc to prostymi słowami napisana opowieść o bezsensie wojny, o utracie najcenniejszych jednostek, o tragedii tysięcy młodych ludzi posyłanych na pewną i okrutną śmierć w imię czyichś aspiracji, w wyniku czyjeś nieudolności, w splocie okrutnych pomyłek losu.

Czyta się szybko i mimo ciężkiego tematu dość dobrze. Język Whartona jest jak zwykle prosty, momentami dosadny, a nawet kolokwialny, co przy powieści o wojnie nawet nie razi. Jeśli razi to może to uporczywe w wydaniu pisarza powracanie do spraw fizjologii. Kto czytał Tatę, Wieści czy którąkolwiek z jego książek wie o czym piszę. Temat ważny i ważki, ciekawa historia, jest dramatyzm, ale wszystko razem wydaje mi się takie trochę powierzchowne. W książce autor nawiązuje do czytanej przez bohaterów książki Na zachodzie bez zmian Remarque. No właśnie, moim zdaniem książka traci najwięcej poprzez porównanie z tym autorem. Temat podobny, a sposób przedstawienia zupełnie inny. Wharton i Remarque piszą to samo, ale innymi słowami, piszą o tym samym, ale piszą inaczej. U Whartona zabrakło mi głębi, jaką odnalazłam u Remarque.

Przemyślenia nieprzeciętnie inteligentnych bohaterów powieści są bardzo proste:

"Tu nic nie ma sensu. Jak można dopatrywać się sensu w czymś, co jest z gruntu bezsensowne- jak na przykład wojna?"

"Błagam Cię, Boże, daj mi przez to wszystko przebrnąć tak, żebym się za bardzo nie zeszmacił".

''Kiedy to piekło się skończy''.

Może właśnie urok książki polega na jej prostocie. 
Nie napiszę, że jest to kiepska książka, ale mój zachwyt w stosunku do niej znacznie ochłódł.





poniedziałek, 26 grudnia 2011

Opowieść wigilijna Charles Dickens

Przeczytałam dwa tygodnie przed świętami. Chyba troszkę za wcześnie.
Nie ma chyba osoby, która nie znałaby opowieści o skąpym kupcu Ebenezerze Scroogu i jego przemianie w czasie nocy wigilijnej.
Scrooge jest samotnikiem, nie lubi ludzi, nie lubi świąt i dba jedynie o pomnażanie majątku. Nie rozumie, o co chodzi z tym całym zamieszaniem spowodowanym świętami, to tylko kolejny dzień, w którym ludzie robią sobie wolne, aby nie iść do pracy. W noc wigilijną przychodzi do niego duch, jego zmarłego wspólnika Marleya. Chcąc przestrzec Scrooga przed losem, jaki spotyka ludzi, którzy nie okazywali serca bliźnim zapowiada wizytę trzech duchów; przeszłych, teraźniejszych i przyszłych Świąt Bożego Narodzenia. Scrooge początkowo nieufny z czasem zaczyna rozumieć, jaka czeka go przyszłość, jeśli nie zmieni swojego postępowania.
Opowieść wigilijna to taka bajka-przypowiastka, którą najlepiej czytać w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Nie wiem, czy lektura tej książeczki w innym czasie potrafi wywołać takie wzruszenie, jakie wywołuje w tym szczególnym okresie. Nie wiem, czy czytana latem, na gorącym piasku potrafiłaby wywołać podobne wzruszenia i podobne refleksje nad własnym stosunkiem do Świąt i do życia.
Dlatego polecam, właśnie w tym szczególnym okresie.
Mnie się podobało, ale nie jest to lektura, do której chciałabym wracać.
Na pewno znacie filmowe adaptacje, ale nie wiem, czy wiecie, że na jej podstawie powstał też musical "Scrooge"- całkiem udany.

środa, 21 grudnia 2011

Wieści William Whorton

Bardzo lubię prozę Whortona; przeczytałam prawie wszystkie napisane przez niego książki. Podobała mi się większość. Wieści są z racji tematu bardzo odpowiednią lekturą świąteczną. Akcja toczy się we francuskim starym ponad trzechsetletnim młynie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Jest to opowiadanie, które opisuje historie sześciu członków rodziny. Każda historia opowiadana jest przez inną osobę, choć największą rolę pełni w niej ojciec rodziny, będący nie tylko jednym z bohaterów, ale i narratorem. Technikę opowiadania tej samej historii z różnych punktów widzenia przedstawia Wharton także w Tacie, jednej z moich ulubionych jego powieści.
Will - ojciec rodziny, który jest alter ego pisarza jest nauczycielem w amerykańskim College w Paryżu i filozofem. Wiecznie się zamartwia i wszystko analizuje. W sytuacji groźby rozpadu jego małżeństwa postanawia jeszcze raz przeżyć cudowne rodzinne święta, które ma nadzieję scalą to, co może niedługo ulec zniszczeniu. Ten z pozoru szalony pomysł zaproszenia na święta rodziny, która nie bardzo ma ochotę na ich spędzanie gdzieś na pozbawionym uroków cywilizacji odludziu (bez centralnego ogrzewania, ciepłej wody, telefonu czy telewizji) okazuje się impulsem do przemyśleń i podjęcia pewnych ważnych decyzji przez każde z dorosłych już dzieci.
Poza warstwą psychologiczną opowieści mnie spodobała się jej świąteczna oprawa. Kamienny młyn położony w pokrytej śniegiem dolinie nad zamarzniętym stawem w otoczeniu ośnieżonych drzew robi wspaniałe wrażenie. Na szybach młyna mróz wymalował lodowe inkrustacje. Ściany młyna zostały przyozdobione kilkunastoma metrami czerwonego aksamitu, stół pokryty obrusem z zielonego sukna i zastawiony wazonem z gałęziami ostrokrzewu. Wnętrze młyna zdobi ogromna, kilkumetrowa choinka. Kiedy Will maluje drewnianą podłogę czuję niemal zapach lakieru, a kiedy zapalają ogień w kominku i wspólnie śpiewają kolędy chciałabym znaleźć się tam wtulona w fotel i wpatrzona w ogień. Potem jest wspólne ubieranie choinki, przygotowywanie posiłku, zabawa w gospodzie, otwieranie prezentów, wspólne lepienie szopki ze śniegu. To co z punktu widzenia ojca rodziny jest fantastycznym współprzeżywaniem nastroju świąt, z punktu widzenia pozostałych członków rodziny jest obowiązkiem, koniecznością, ucieczką, rozterką.
Obok moja ubiegłoroczna choinka
To co tak mnie urzeka podczas czytania (mroźne, białe święta, pokryte grubą warstwą śniegu drzewa, lodowe sople) mogłoby nie być tak urzekające, gdybym znalazła się na miejscu bohaterów opowieści. Zimny, niedogrzany młyn, brak ciepłej wody, ogień, który dymi, zamiast grzać.
Kilkanaście lat temu spędzałam Sylwestra w domku na działkach. Nie był to co prawda stary kilkusetletni młyn, ale otoczenie było równie piękne. Było mroźnie, było biało, wokoło las, niedaleko zamarznięty staw. Niestety było też przeraźliwie zimno. Kilkanaście stopni ciepła, a jedyne źródło ogrzewania – koza, przez długi czas, nie chciało się rozpalić, zmarzłam wtedy na kość.
Wracając do lektury; jest tam też scena przedświątecznych zakupów, która mnie (zakupoholiczkę) wprawia w błogostan. Książka kończy się zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Nie daje rozwiązania, ale daje nadzieję. Tym też jest dla mnie Wigilia. Nadzieją. Nadzieją na pojednanie, na odkupienie win, na lepsze czasy.