Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013/2014 - książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013/2014 - książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2014

Rosamunde Pilcher. Przesilenie zimowe.


Wydane przez
Wydawnictwo Książnica

Kiedyś ktoś zaproponował mi przeczytanie jednej z książek Rosamunde Pilcher. Sprawdziłam informacje o tym, co pisze autorka i nie poczułam się zachęcona. Gdy szukałam lektur do wyzwania zdecydowałam się na próbę. I nie żałuję.

Elfride Phipps po przejściu na emeryturę wyjeżdża na prowincję. Poznaje tam nowych ludzi i choć pozornie wiedzie życie na uboczu wydarzeń nagle okazuje się, że wrosła w społeczność, zaprzyjaźniła się z niektórymi, a szczególnie z małżeństwem Blundellów: Glorii i Oskara, miejscowego organisty. Gdy podczas długiej nieobecności Elfriede w miasteczku w wypadku ginie Gloria i ukochana córeczka Oskara, mężczyzna trafi ochotę do życia. Pokręcone losy rzucają obydwoje do opuszczonego dworu w Szkocji, którego Oskar jest współwłaścicielem. Zbliżające się Boże Narodzenie postanawiają solidarnie zlekceważyć, gdy nagle okazuje się, że będą mieli gości i to takich, dla których potrawy świąteczne, choinka i atmosfera świąt są bardzo istotne.

Przyjemna książka, w ciepły, serdeczny sposób opisująca ludzi, którzy nie są już młodzi, a którzy - z racji swojego doświadczenia - umieją przyjąć wiele spraw w inny, niż młodzi, sposób. "Przesilenie zimowe" to powieść, w której nie tylko z aurą związane jest tytułowe przesilenie, powieść, w której przyjrzeć się można temu, jak rodzi się szczęście.

sobota, 1 lutego 2014

Karol May. Boże Narodzenie.


Wydane przez
Małopolską Oficynę Wydawniczą KRAK-BUCH

Gdy byłam dzieckiem zaczytywałam się w przygodach Winnetou i innych książkach Karola Maya. Mój tata kupował wydania zeszytowe, a ja, z wyobraźnią rozbudzoną książkami Alfreda Szklarskiego, wędrowałam przez Dziki Zachód z bohaterami powieści.

Szukając książek do bożonarodzeniowego wyzwania ze zdumieniem ujrzałam w katalogu bibliotecznym powieść Karola Maya zatytułowaną "Boże Narodzenie". Postanowiłam urządzić sobie powrót do przeszłości i poczytać o najpopularniejszym Indianinie na świecie:-)

W książce zebrano dwa opowiadania. W pierwszym młody May wygrywa konkurs na bożonarodzeniowy wiersz i muzykę, po czym uszczęśliwiony i bogaty, w swoim mniemaniu, wyrusza z przyjacielem na wycieczkę. Spotykają podczas wędrówki rodzinę, która wyjątkowo potrzebuje pomocy, więc jako chłopcy życzliwi i zamożni - niosą pomoc.

Akcja drugiego opowiadania rozgrywa się na Dzikim Zachodzie, gdzie May występuje pod pseudonimem Old Shatterhand i, jak wiadomo, jest najbliższym przyjacielem Apacza Winnetou. Na ich drodze stają, zupełnym przypadkiem, osoby, które May znał dawno temu i które do dziś budzą żywe emocje w jego sercu.

Elementem spajającym obydwie części książki jest poezja i postacie, które występują w tekstach. Najważniejsze jest jednak Boże Narodzenie - nawet w wysokich górach, wśród Indian, Old Shatterhand przyozdobił drzewko, by przy nim recytować dawno napisany bożonarodzeniowy poemat.

niedziela, 12 stycznia 2014

Boże Narodzenie - dwie skrajne historie - "Rodzinnych ciepłych świąt" i "Szczęście w cichą noc"

Powoli nadchodzi koniec tej edycji wyzwania, czas na zapisanie wrażeń. Filmów obejrzałam sporo, również ze względu na to, że dość aktywnie starałam się działać na specjalnie dla naszego wyzwania utworzonym profilu na FB i sama polecałam tam filmy świąteczne :) Ale o filmie lub filmach jeszcze napiszę. Tymczasem chciałabym opisać dwie lektury, które przeczytałam.



Pierwsza z nich to "Rodzinnych ciepłych świąt" Magdy Parus. Zapamiętałam ją z recenzji Bujaczka i Prowincjonalnej Nauczycielki z którejś z poprzednich edycji wyzwania. To króciutka książeczka, ale tak wiele dająca do myślenia.
To historia kilku wigilii w domu Leny, spięta klamrą Wielkanocy w domu jej siostry Kamili. Historia pokazująca, skupiająca się na relacjach między ludźmi. Nad tym, jak nadmierne skupienie na sobie, brak rozmowy, to, że nie mówi się głośno o swoich potrzebach, wątpliwościach, niechęciach, tylko tłumi gdzieś w sobie może doprowadzić do wielkiej tragedii. Jak powoli, prawie niezauważalnie, ze szczęśliwej zwyczajnej rodziny powstaje rodzina patologiczna, w której rodzice stają się swoimi wrogami, a dzieci służą jako jedna z broni w tej walce. A najsmutniejsze jest to, że jak widać na początku, tam nikt nie miał złych intencji, wystarczyłaby szczera rozmowa i można było temu zaradzić. Inna sprawa to Kamila - i te dwie Wielkanoce - nadmierne przywiązanie do rytuałów, kompletna ignorancja dla tego, czego być może chcieliby mąż i syn - tu nie ma tragedii (jeszcze?), ale jest dramat rozpadu więzi, czego Kamila zdaje się nie zauważać.
Naprawdę świetna to opowieść, z genialnym, moim zdaniem, zabiegiem stylistycznym - każda z siedmiu wigilii zaczyna się dokładnie takim samym akapitem. Nie jest może przyjemna do czytania w okresie przedświątecznym, nie wprowadza miłego nastroju, ale gorąco polecam - przeczytajcie koniecznie!





Na przeciwległym biegunie jest, również niezbyt gruba, książka - "Szczęście w cichą noc" Anny Ficner-Ogonowskiej. Nawiązuje ona wprost do wcześniejszych części opowieści o Hance i Mikołaju, ale można ją również przeczytać oddzielnie.
To opowieść o takiej wigilii, jaką chyba każdy chciałby mieć. Z osobami, z którymi chce i lubi się spędzać czas, bez niepotrzebnych kłótni, niesnasek, polegającej na budowaniu własnych tradycji, które chce się kultywować. Hanka postanawia bowiem wyprawić wieczerzę wigilijną u siebie w domu i zebrać na niej wszystkie osoby, które są jej bliskie. Przeciwstawia się temu Dominika, twierdząc, że  z pewnych względów zbyt wiele Hanka na siebie bierze. Ostatecznie wszyscy dzielą się pracą i wymarzona wieczerza dochodzi do skutku. Ważnym elementem staje się też wybaczenie - jedna z wartości, która w tym specjalnym okresie w roku nabiera wyjątkowego większego znaczenia.
Na końcu autorka dodała również sporo przepisów na świąteczne potrawy - można więc samemu spróbować wyczarować za ich pomocą magiczny aromat świąt.

Polecam obydwie - pierwsza każe nam zastanowić się nad własnym postępowaniem, czy my tez nie popełniamy jakichś błędów, druga idealnie wprowadza w świąteczny nastrój i może zainspirować do zmiany niektórych zwyczajów :)




sobota, 4 stycznia 2014

Najpierw musi być źle, aby później było dobrze... (Zimowe sny Richard Paul Evan)

„Nieraz się zastanawiałem, jak to się dzieje, że nasze największe triumfy mają swój początek w chwilach naszej największej niedoli. Może tak musi być, ponieważ z natury jesteśmy niechętni zmianom w życiu i ruszamy się z miejsca dopiero w tedy, kiedy zrobi się ono zbyt gorące, byśmy dali radę dłużej w nim pozostać”*   

Bycie członkiem dużej rodziny ma swoje plusy i minusy i ty dobrze o tym wiesz. Jako jedno z dzieci swojego ojca, do tego młodsze i faworyzowane przez niego musisz znosić niechęć reszty rodzeństwa, które czuje się odepchnięte i zagrożone. Czasem takie emocje mogą popchnąć do niezbyt chwalebnych czynów, których konsekwencje są niezbyt przyjemne i to pod wieloma względami. Ty padłeś ofiarą zazdrości braci, musisz zrobić czego żądają, musisz odejść – bez pożegnania, bez… niczego. 

Joseph Jacobson jest jednym z młodszych synów swojego ojca, mężczyzny, który ogólnie miał cztery żony, jedenastu synów i córkę. Posiadał również znaną i cenioną agencję reklamową, która była jego oczkiem w głowie, dlatego też bardzo doceniał i faworyzował Josepha, który miał wiele pomysłów, a ostatnio uratował nawet firmę przed utratą jednego z najlepszych klientów. Z tej też okazji zostało wydane na jego cześć przyjęcie, które nie spotkało się ze zbyt dużą przychylnością reszty rodzeństwa. Za sprawą ojca na imprezie dochodzi do pewnych wydarzeń mających miejsce jakiś czas później. Joseph musi podjąć ważną decyzję, która może zaważyć nie tylko na jego losie. Jakiego wyboru dokona mężczyzna i jaki będzie to miało wpływ na jego dalsze życie?

Książki Richarda Paula Evansa są zawsze wzruszające oraz pełne ciepła, refleksyjne no i zawsze ze szczęśliwym zakończeniem. Szczerze przyznać muszę, że lubię to w jego twórczości, ten przekaz emocji, przypominanie o tym co zapominamy w biegu życia. Na „Zimowe sny” nie mogłam się doczekać, liczyłam na to, że po raz kolejny spędzę kilka godzin odłączona od świata. Czy tak było?


Richard Paul Evansa ma już na swoim koncie kilkanaście powieści i z tego co wyczytałam w opiniach o tych wydanych niedawno, poziom jego twórczości podobno się obniżył. Piszę podobno ponieważ „Zimowe sny” posiadają pewne niedociągnięcia, ale nie były one na tyle widoczne by zaważyły na całokształcie powieści. Amerykański powieściopisarz po raz kolejny pokazał, że w sposób prosty, ze zwyczajnej historii stworzyć coś pięknego, coś co zapada w serca i zmusza do przemyśleń. Tym razem swoją historię oparł na biblijnej przypowieści o Józefie, uwspółcześnił ją, dopasował do naszych realiów życia. I zrobił to naprawdę bardzo dobrze. Zadbał o detale, o zobrazowanie losów głównego bohatera oraz o ubranie jej w emocje. Nie szczędził też wplatania w między zdania prawd i rzeczy, o których zapominamy, może nawet czasem nie chcemy pamiętać. Miłym gestem ze strony autora w stronę czytelników było umieszczenie w książce dużo swojskich zwyczajów, potraw, jaki komplementów dla płci pięknej.


Bardzo polubiłam Josepha, jest jednym z tych osób, których nie sposób nie obdarzyć sympatią. Empatyczny, spokojny, ale za razem gotowy bronić za wszelką cenę tego co dla niego ważne. Szczery i gotowy na poświęcenie, uczuciowy, wyrozumiały. No ideał po prostu. Wiem, wiem. Ideałów nie ma, ale czy nie można chociaż pomarzyć, że ktoś taki istnieje? Oczywiście w powieści występują również inni bohaterowie, tylko, że o nich zbyt wiele powiedzieć nie mogę. Niby bardzo istotni i często się pojawiają to tak naprawdę zbyt wiele o nich nie jest napisane. W ich przypadku zostało raczej zastosowane zarysowanie ich charakterystyk, a resztę indywidualnie dopowiedzieć może sobie indywidualnie czytelnik.


„Zimowe sny” pochłonęłam w jeden wieczór i było mi mało po zakończeniu, czułam niedosyt. Fakt, da się wyczuć, że ta powieść jest słabsza od poprzednich, ale uważam, że każdy może mieć gorszy czas, a ta powieść nie jest zła. Okazała się być bardzo dobra, pod względem fabuły, jak i samej akcji. Wsiąkłam w tę historię i nic nie było wstanie mnie od niej oderwać dopóki nie przeczytałam ostatniego zdania. Zżyłam się z głównym bohaterem i przeżywałam to co się działo i wiernie mu kibicowałam. Tak, książki Evansa są przewidywalne, słodkie, może nawet infantylne, ale czasem tego potrzebuję, takiej odskoczni, potrzeby uwierzenia w happy end. I właśnie proza Evansa doskonale w takim momencie się sprawdza.


Opinie o „Zimowych snach” trzeba wyrobić sobie samemu, jednym się podobają, a drugim nie. Książka ta zbiera skrajne oceny, ale mi się podobała, sprawiła się idealnie w ten świąteczny czas, a Richard Paul Evans nadal zachwyca mnie tym jak pisze. Z mojej strony duży plus, nawet mimo kilku niedociągnięć.


*cytat pochodzi z książki

poniedziałek, 30 grudnia 2013

David Morrell. Szpieg na Boże Narodzenie.

Wydane przez
Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz

Od dawna już literatura sensacyjno-szpiegowska nie trafia w moje ręce. Niejako na przekór temu i ponownie zainspirowana wyzwaniem czytelniczy sięgnęłam po powieść Morrella. 

Paul Kagan występujący pod imieniem Piort jest podwójnym agentem. Gdy go poznajemy ucieka przed członkami rosyjskiej mafii, którą właśnie zdradził. Jest ranny, a pod kurtką chroni dziecko. Pada śnieg, a Santa Fe, przepięknie przystrojone, czeka na nadejście Bożego Narodzenia. Podczas ucieczki Paul trafia do domu Meredith. Kobieta i jej syn planowali uciec po tym, jak Meredith została pobita przez męża. Niespodziewana wizyta Kagana uniemożliwia ucieczkę, ale stwarza szansę na inną, niż dotychczas sądzili, przyszłość.

Książka Davida Morrella znakomicie wypełniła mi autobusowe wędrówki do pracy. Akcja, jak to specyficzne dla tego rodzaju powieści, toczyłą się płynnie, a idea zadbania o dziecko, którego dobro jest gwarancją pokoju na świecie jest wyraźnie naszpikowana symboliką.

"Szpieg na Boże Narodzenie" udowania, że cuda się zdarzają. Także wśród członków rosyjskiej mafii.

niedziela, 29 grudnia 2013

"Przybierz swój dom ostrokrzewem" C. Higgins Clark, M. Higgins Clark - audiobook


Czyta: Blanka Kutylowska
Język: polski
Czas trwania: 5 godz. 44 min. 21s.
Format: mp3 
Rok wydania: 2003





Już po świętach, ale chciałabym Wam przedstawić jedną z moich przedświątecznych lektur, którymi chciałam wprowadzić się w okres Bożego Narodzenia. Niektórzy może stwierdzą, że to dość dziwny wybór, ale ja naprawdę lubię kryminały i dlatego chciałam to jakoś połączyć. „Przybierz swój dom ostrokrzewem” to kryminał duetu Carol i Mary Higgins Clark, o którym słyszałam już kilka razy, jednak zawsze nie wystarczało mi na niego czasu. Przy okazji zapoznania się z tą powieścią, dowiedziałam się, że powstał cały „świąteczny” cykl, który razem napisały. 

Trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia w Nowym Jorku zostaje uprowadzony dla okupu Luke Reilly, bogaty przedsiębiorca pogrzebowy. Wraz z nim zakładniczką porywaczy staje się jego pracownica Rosita, wychowująca samotnie dwóch małych synków. Śledztwo w sprawie ustalenia tożsamości przestępców i miejsca przetrzymywania zakładników prowadzi policja i FBI; pomaga też córka Luke'a, Regan - licencjonowany prywatny detektyw, oraz starsza pani Alvirah Meehan, znana od dawna jako odnoszący błyskotliwe sukcesy detektyw amator. Zrozpaczona żona Luke'a, Nora, słynna autorka powieści kryminalnych, przebywająca po złamaniu nogi w szpitalu, nie podejrzewa nawet, jaką rolę w porwaniu odegrała jedna z jej książek.

„Przybierz swój dom ostrokrzewem” poznałam w formie audiobooka podczas przedświątecznych porządków. Pisałam kiedyś, że to właśnie przy sprzątaniu słucham najwięcej. Nagranie, do którego miałam dostęp zostało nagrane przez Zakład Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych. Lektorką audiobooka była Blanka Kutyłowska. I tu niestety pierwsze rozczarowanie – lektor zupełnie nie dla moich uszu, może w przypadku interpretacji innych książek wypada lepiej, ale tutaj po prostu mnie „męczyła”.
 

Dalsza część recenzji na moim blogu.


sobota, 28 grudnia 2013

Jennifer Coburn, Jane Green, Liz Ireland. Idą święta.

Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

W tomie "Idą święta" zebrano trzy mini-powieści. Klimatycznie świąteczne, ale wiecie - tak amerykańsko świąteczne:-)

Jane Green. Urlop.

Sarah Evans, po ośmiu latach małżeństwa, czuje, że przerażająco się różni od tej młodej dziewczyny, którą była w dniu ślubu. Opieka nad domem, wychowywanie dzieci, banalna codziennośc, która coraz mocniej oddala ją od tego, czym zajmowała się przed ślubem, ogranicza ją i sprawia, że czuje się nieszczęśliwa. Także mąż, który wracając z pracy zasiada z piwem przez telewizorem, nie poprawia sytuacji. Sarah decyduje się podjąć trudną decyzję - wykorzystując delegowanie męża do innego miasta, proponuje Eddiemu separację. Zdumiony mężczyzna przystaje na propozycję żony i dopiero gdy jest daleko od niej i dzieci zaczyna doceniać, to, co może bezpowrotnie utracić.

Jennifer Coburn. Druga żona Reilly'ego.

Sarah jest, a właściwie - powinna być, szczęśliwą mężatką. Jednak, mimo, że jej wybranek zaakceptował jej syna, a Hunter polubił ojczyma, że między nią a Reilly'em wszystko układa się jak najlepiej, niepokój Sarah budzi to, że pierwsza żona jej męża wciąż jest singielką. Postanawia, przy pomocy przyjaciółek, znaleźć Pana Idealnego dla Prudence.

Liz Ireland. Jedyne takie Boże Narodzenie.

Holly poznaje wymarzonego mężczyznę. Z radością planuje wspólny wyjazd do rodzinnego domu na święta; po raz pierwszy także i ona przywiezie swojego chłopaka. W podróż wraz z Holly i Jansonem wyrusza także Izaak, przyjaciel Holly. Dom rodziców Holly niczym jednak nie przypomina domu czekającego na Boże Narodzenie - nie ma ozdób, z kuchni nie unoszą się smakowite zapachy, a mama oznajmia, że wynajęła mieszkanie i gdy tylko córki wyjadą wyprowadza się na swoje.


Trudno byłoby mi polecać szczególnie tę książkę, podobnie jak trudno byłoby mi ją ostatecznie odradzać. Opowieści zebrane w "Idą święta" są niestety dość sztampowe, ale można znaleźc w nich przesłanie o mocy pojednania wynikającej z bożonarodzeniowego klimatu.

czwartek, 26 grudnia 2013

Niech się panu darzy


Tytułowa nowela w zbiorze trzech krótkich forma prozatorskich Antoniego Libery nawiązuje do tematyki postaw wobec świąt, odczuwania nastroju Wigilii.

"Nie lubił świąt. Żadnych. Ani religijnych, ani państwowych.(...) Brakowało mu poczucia przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty." To efekt postawy nowoczesnych rodziców, którzy, dokonawszy świadomych wyborów przed wojną, nie potrafili odnaleźć się w nowej powojennej rzeczywistości i swój niepokój oraz postawę outsiderów przekazali synowi. "Nowe święta państwowe budziły wstręt i pogardę. Zniesione stare wywoływały wprawdzie sentyment, ale nie do tego stopnia, by je po kryjomu kultywować. Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zaduszki obchodzili bez wiary, jedynie na znak sprzeciwu, jako manifestację dystansu do ludowego państwa." Cały ceremoniał pełen obłudy ze strony rodziców odczuwany przez syna pozostawia ślad, który będzie wracał zawsze 24. grudnia.

Wspomnienia Wigilii to świadomość, iż w domu rodzinnym było inaczej niż w innych. "Zamiast choinki z bombkami, świeczkami i srebrną gwiazdą na czubku, na stole stał wazon z kilkoma gałązkami jedliny, na których wisiało kilka koślawych ozdóbek z papieru. Zamiast sutej kolacji, pełnej przysmaków i słodyczy, do której zasiadała rozbudowana rodzina, jadło się we troje (bo rodziny nie było) tak zwany późny obiad, który niewiele różnił się od codziennego posiłku. (...)Zamiast sterty pakunków, piętrzących się pod drzewkiem, i kogoś przebranego za Mikołaja były na ogół dwa, trzy drobiazgi opakowane w szary papier, przynoszone z drugiego pokoju i wręczane ze smutnym uśmiechem po kolacji." Mimo okresów buntu bohaterowi pozostała smutna przyjemność spacerów i obserwowania okien, ludzi podążających na Pasterkę.
Antoni Libera prowadzi narrację do zaskakującego epizodu, który przydarzy się w Amsterdamie już dojrzałemu mężczyźnie, który odniósł swój zawodowy sukces. Przypadkowe wykręcenie jakiegoś numeru połączy go z emigrantką z Polski w Betlejem. Rozmowa stanie się namiastką cudu, jakże ulotnego dla jednej ze stron. 

Nowela do odkrywania i podejmowania ocen wychowania, rozterek narratora, oczekiwania  na znak życia, może i uspokojenia wewnętrznego. Uniwersalny charakter noweli sprowadza się może również do niepokojów odczuwanych przez osoby niewierzące, niepraktykujące a jednak świętujące na swój sposób, do potrzeby mówienia o swoich postawach.
_________________________
Antoni Libera, Niech się panu darzy, Biblioteka "WIĘZI", Warszawa 2013.

środa, 25 grudnia 2013

Debbie Macomber. Niespodzianki.



Wydane przez
Wydawnictwo Harlequin

Sięgając po tę książkę uświadomiłam sobie, że czytałam ją rok temu, tylko zapomniałam opisać. Lubię jednak Debbie Macomber i postanowiłam przeczytać "Niespodzianki" raz jeszcze.

Wychowująca samotnie córkę Emily Springer planuje jak wraz z Heather spędzą świąteczne dni, gdy dowiaduje się, że córka ma inne plany i nie zamierza wracać z Bostonu do rodzinnego domu. Rozczarowana Emily wpada na genialny - jej zdaniem pomysł - szuka kogoś, z kim mogłaby się zamienić w czasie Bożego Narodzenia domami; oferuje swój w Leavenworth za czyjś w Bostonie.

Charles Brewster, profesor Harvardu, zmęczony nadaktywną, w jego opinii, matką, postanawia uciec przez zgiełkiem Bożego Narodzenia i zaszyć się gdzieś z dala od rodziny. Gdy znajduje ogłoszenie Emily skwapliwie z niego korzysta.

Akcja powieści toczy się szybko, a pomyłki - a może bardziej, jak chce tytuł - niespodzianki okazują się raczej przyjemne. Magia Świąt Bożego Narodzenia zwycięża wszelkie uprzedzenia i nierozsądne pomysły, a drugi człowiek okazuje się być najlepszym towarzystwem podczas bożonarodzeniowego śniadania.

"Niespodzianki" to lekka, romantyczna historia, podobna innym, z jakich znana jest Debbie Macomber.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Jacquelyn Mitchard. Prezent na święta.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Sięgając po niewielką książeczkę o tematyce świątecznej spodziewałam się lekkiej, nieco tkliwej historyjki. Jednak historia opowiedziana przez Jacquelyn Mitchard, choć związana z Bożym Narodzeniem i niewątpliwie rodzinno-emocjonalna, bardzo mnie zaskoczyła.

Laura i Elliott obchodzą, tuż przed Świętami, rocznicę ślubu. Co prawda, Elliott nie bardzo mógł się doliczyć, czy jest to rocznica czternasta czy piętnasta, ale nie bacząc na to zaprosił żonę na przedstawienie i kolację. Radość ze wspólnego świętowania utrudniał Laurze ból głowy, ból tak silny, że aż wymagający wizyty w szpitalu. 

Od lekarza, który zaopiekował się Laurą małżeństwo usłyszało coś, w co trudno uwierzyć - Laurze zostało około 8-12 godzin życia. 

Elliotta diagnoza ogłusza - wie, że musi powiadomić matkę żony, poprosić, by przywiozła do szpitala wnuczki, że musi zadzwonić do rodzeństwa Laury i powiedzieć im, że ich siostra umiera i mają niewiele czasu na to, by się z nią pożegnać. Wie o tym wszystkim, a jednocześnie szkoda mu każdej chwili, którą miałby spędzić z dala od jej szpitalnego łóżka. Bo, jakże to - czternaście lat wspólnego życia ma zamknąć w kilku godzinach, ma podsumować małżeńską codzienność w tak ograniczonym czasie? Ma pożegnać się z żoną?

Laura podchodzi do wiadomości o swojej śmierci na pozór spokojnie. Prosi Elliotta, by kupił kilka rzeczy, objaśnia mu co i gdzie znajdzie w domu, wydaje dyspozycje, jak gdyby mogła przewidzieć i opowiedzieć przyszłość. Rozmawia z córkami, z których chyba tylko ta najstarsza, trzynastolenia, choć w części rozumie, co się dzieje.

Podczas lektury uświadomiłam sobie, że bliscy Laury są szczęściarzami -  mają czas, by się z nią pożegnać. I choć koniecznośc tego pożegnania jest bolesna, choć tytuł "Prezent na święta" w kontekście nakreślonej powyżej historii wydawać się może paradoksalny, to jednak czas jaki Laura mogła spędzić z mężem, dziećmi, matką i rodzeństwem jest prezentem.

Zaskakującą książka...

niedziela, 22 grudnia 2013

Agot Gjems-Selmer. Nad dalekim cichym fiordem.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Pewnie nie trafiłabym na tę książkę, gdyby nie nasze wyzwanie. Co roku staram się czytać coś nowego, co roku znajdować inne niż dotychczas lektury, więc oprócz nowości szukam też tematyki bożonarodzeniowej w książkach wydanych kilka lub kilkanaście lat temu.

Autorka, której książka miała premierę w 1900 roku, opisuje rodzinę lekarza mieszkającą w okręgu Balsfjord w Norwegii. Bohaterowie książki, ale i ich rodzina mieszkająca w innych regionach kraju, określa okolice Tromso, jako Daleką Północ. Cóż, jest Daleka, skoro zima trwa tam dziewięć miesięcy.

Opowieść o tym, jak wygląda codzienne życie w krainie śniegu i wiatru jest uroczo staroświecka. Rodzina spędza czas głównie w swoim towarzystwie i choć w pracy w domu zawsze jest dużo (szczególnie przy czwórce dzieci) to rodzice znajdują bez kłopotu czas, by towarzyszyć dzieciom, by z nimi czytać lub by, po prostu, obserwować ich zabawy.

Jeden z rozdziałów książki poświęcony jest wieczorowi wigilijnemu. To jedyny dzień roku, w którym dzieciom wolno nie wstawać wcześnie z łóżka i w którym mogą wypić poranną kawę w pościeli. Koło południa rodzina wraz z przyjaciółmi zjada uroczyste śniadanie, a później, nie kłopocząc się o wielość spraw do zrobienia, wszyscy wychodzą na spacer: 
Ku północy niebo zabarwia się ciemnym błękitem, ale dalej mieni się tysiącem cudnych odcieni, dochodząc do jaskrawopurpurowego złota. Ani jeden powiew wiatru nie marszczy powierzchni wody; roztacza się toń gładka jak zwierciadło, cicha jak dusza dziecka i odbija najdokładniej grę barw niebios. [s. 88]
Tradycją w rodzinie było to, że to ojciec ubiera choinkę, a dzieci widzą ją - już przystrojoną - dopiero w wigilijny wieczór:
Ale najpiekniejsze ze wszystkiego jest samo wysokie, wspaniałe drzewko. Widzimy je przecież tylko raz na rok - na Boże Narodzenie, bo u nas jodły nie rosną. Przynosi nam pozdowienie z wielkich, poważnych lasów południa. I taka jest dla nas droga! Nie wyrzucamy ani jednej igły, jeśli jest za wysoka, ozdabiamy obciętymi gałązkami pokoje o tak się tym cieszymy! [s.92]
Kolędy, fragment Ewangelii i upominki ułożone na wigilijnym stole. A później:
Miód i ciasta świąteczne, i jabłka, i orzechy na stole, i twarze promieniejące radością wokół stołu, wszystko jak być powinno w wieczór wigilijny. [s.93]
"Nad dalekim cichym fiordem" ma już 113 lat. Wciąż jednak wzrusza i sprawia, że zaczynamy doceniać to, co mamy:-)

piątek, 20 grudnia 2013

"Bądź mi zawsze ku pomocy" Mary i Carol Higgins Clark

He Sees You When You're Sleeping
Prószyński i S-ka, 2001
Liczba stron: 157
Literatura amerykańska

Mary Higgins Clark to jedna z popularniejszych amerykańskich współczesnych pisarek. Pisze powieści sensacyjne wzbogacone elementami obyczajowymi, jest autorką m. in. "Pustej kołyski" i "Najdłuższej nocy". Carol Higgins Clark to córka Mary i jest autorką "Brylantowego legatu".

Sterling Brooks nie był złym człowiekiem, ale też nie prowadził przykładnego życia. Zaabsorbowany sobą i swoimi sprawami, nie zwracał uwagi na innych ludzi, toteż po śmierci bardzo długo tkwił w niebiańskiej poczekalni. Wreszcie Wielka Rada ogłasza werdykt: Sterling musi wrócić na Ziemię, gdzie ma dowieść swoich zalet, pomagając komuś w potrzebie. Pojawia się więc na Manhattanie, na ślizgawce w centrum Rockefellera. Zbliża się Boże Narodzenie i wszyscy wokół są zadowoleni, ale wśród łyżwiarzy jest pewna bardzo smutna dziewczynka. Może to jej ma pomóc Sterling Brooks?
Trzymająca w napięciu, a jednocześnie zabawna i pełna ciepła opowieść jest idealną lekturą nie tylko na święta.

Szukałam w bibliotece jakiejś ciekawej niezbyt grubej książki o tematyce świątecznej. jakiś kryminał z choinką w tle, miłość między bombką a dzwoneczkiem lub przemiana życia przy kolędowym akompaniamencie. Ostatecznie zgarnęłam z półki właśnie "Bądź mi zawsze ku pomocy" Mary i Carol Higgins Clark. Liczyłam na anielską opowieść o odkupieniu win, przywracaniu nadziei i spełnianiu marzeń. Chyba trochę się przeliczyłam.

Panie Clark zafundowały mi prawie 160 stron historii nie - do - końca świątecznej. Był anioł - nieanioł, nieszczęśliwa dziewczynka i teoretycznie święta. Teoretycznie bo świąteczny jest początek, kawałek środka i koniec. Za to jest mnóstwo retrospekcji i powrotów do przeszłości, która działa się np. latem. Klimat świąt gdzieś mi uleciał z tej książki...

Najciekawszym z bohaterów wydawał mi się Roy. Niby postać epizodyczna, poboczna, ale chyba najmądrzejsza, najbardziej intrygująca. Chciałabym spotkać Roya w rzeczywistości. Interesująca była też Niebiańska Rada, chociaż żałuję, że autorki nie sprecyzowały jacy dokładnie (z imion i nazwisk) zasiadali w niej święci. Szkoda trochę. Ale sama kreacja nieba, Rady, Aniołów była całkiem niezła. Trochę nierealne wydało mi się to, że osoby, którym ukazał się Sterling od razu uwierzyły, że jest, hm, aniołem. Rozumiem, ze Marissa - jest dzieckiem, taka natura. Ale państwo Santoli, tak bez słowa, bez reakcji prawie to przyjęli? Nie pasuje mi tu to.

Suma sumarum: Nie poczułam świąt po lekturze tej książki. Za dużo kryminału, za mało Gwiazdki. W ogóle brakuje tego i owego. "Bądź mi zawsze ku pomocy" pozostaje, moim zdaniem, daleko w tyle za książkami takimi jak "Boże Narodzenie w Lost River", "Noelka" czy kultowa i tradycyjna "Opowieść wigilijna". Lepiej sięgnijcie po te tytuły i dajcie się ponieść tym niezwykłym grudniowym świętom :)

"No cóż, pomyślał, każda długa podróż zaczyna się od jednego małego kroku."

środa, 18 grudnia 2013

Wojenna Wigilia na Syberii

Powieść Ruty Sepetys Szare śniegi Syberii nie jest książką wpisującą się całkowicie w radosny świąteczny nurt literatury, mimo że śniegu i mrozu w niej co niemiara. Historia losów wywiezionych przez Sowietów rodzin w czasie II wojny światowej przepojona jest bólem. W jednym z rozdziałów odnajdujemy dzień świętowania Wigilii, by pamiętać o dawnych czasach za którymi się nieustannie tęskni.

"Nadeszła Wigilia. Cały dzień rąbałam drewno. Para zamarzała mi w nozdrzach. Próbowałam zająć myśli wspominaniem Bożego Narodzenia w domu. Tego wieczoru nikt nie pochłaniał swojego przydziału chleba w kolejce. Przywitaliśmy się wszyscy i poszliśmy do chat. (...) Umyliśmy głowy w stopionym śniegu i wyczyściliśmy paznokcie. Mama upięła włosy i uszminkowała wargi. Wtarła także nieco czerwieni w moje policzki.(...)
-Wyciągnijmy zdjęcia rodzinne - zaproponował Jonas.
Wszyscy wpadli na ten sam pomysł. Wkrótce w chacie łysego mężczyzny zaroiło się od fotografii.(...)
Usiedliśmy na podłodze niczym wokół stołu. Na środku leżała biała tkanina ozdobiona przed każdą osobą sianem i gałązkami jodły. Jedno miejsce było puste. Palił się przed nim łojowy ogarek.(...)" Każdy przyniósł coś do jedzenia:ziemniak, ciastka kupione w wiosce,, czekolada, butelka wódki.
"Kilka godzin siedzieliśmy przy prowizorycznym stole i jedzeniu, śpiewając piosenki i kolędy. Po długich namowach Mama przekonała łysego, żeby odmówił hebrajską modlitwę Maoz Cur. Z jego głosu ulotnił się przekąs. Zamknął oczy i recytował z uczuciem.(...)
Wtem drzwi do baraku otwarły się z hukiem. Do środka wpadli enkawudziści z karabinami."

"W Boże Narodzenie dali nam popalić. Zataczałam się ze zmęczenia i braku snu. Kiedy wróciłam do chaty, ledwo trzymałam się na nogach. Uliuszka siedziała, wyciągając stopy ku palenisku i paląc papierosy. Mama podarowała jej na święta całą paczkę. Skąd je wzięła?(...)
Jonasz przyszedł razem z Andriusem.
- Wesołych świąt!"
____________
Ruta Sepetys, Szare śniegi Syberii /Between Shades of Grey, przeł. Joanna Bogunia i Dawid Juraszek, wyd. pierwsze, s. 328,  Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

wtorek, 17 grudnia 2013

"Siódmy sekret szczęścia" Sharon Owens

Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 416
Moja ocena : 5/6

Czy też tak macie, że w przedświątecznym okresie musicie przeczytać coś związanego z tematem świąt Bożego Narodzenia? Może to śmieszne, ale lubię wprowadzić się w świąteczny nastrój taką właśnie książką, ewentualnie filmem, ale to już w mniejszym stopniu.  

"Siódmy sekret szczęścia" to taka książka, którą mogę Wam z czystym sumieniem polecić na święta. Ciepła, dająca nadzieję historia, w prawdzie nie pozbawiona goryczy, ale przecież życie składa się nie tylko z radosnych chwil.
"Świąteczne" powieści takie właśnie powinny być. To nic, że mają podobną fabułę i wszystkie kończą się happy endem. Nieważne, że podobnych czytaliśmy już kilka, jeśli nie kilkanaście. Grunt, że czytanie sprawia nam prawdziwą przyjemność i kolejny raz daje wiarę w to, że święta są magicznym czasem, w którym wszystko może się zdarzyć, a wtedy te nawet najskrytsze, niemożliwe do spełnienia pragnienia, maja szansę się ziścić.

Kiedy czytam książki, których akcja dzieje się w okolicach Bożego Narodzenia, podświadomie czuję zapach pieczonych pierniczków, widzę blask świeczek i kolorowe prezenty pod choinką. Wracam wspomnieniami do czasów dzieciństwa, albo wręcz przeciwnie, wymyślam, jak sprawić, by moje dzieci zapamiętały zbliżające się święta, jako wyjątkowy i magiczny czas w roku. Czy może być milsze wprowadzenie się w świąteczny nastrój?

Powiecie, że to wszystko oklepane i nudne? No trudno... już taka jestem. Lubię swój tradycjonalizm i nie planuję zmieniać swojego nastawienia do świąt w najbliższym czasie
"Siódmy sekret szczęścia" to książka, która trochę odbiega od miłego i sympatycznego schematu świąt.
Więcej na moim blogu: Książki Sardegny

środa, 11 grudnia 2013

Zamieć śnieżna i woń migdałów

"Śnieg wisiał w powietrzu. Do Bożego Narodzenia został zaledwie tydzień..." Jednak czas fabuły nie wkroczy w święta, gdyż kończy się, kiedy "Do Wigilii zostało jeszcze pięć dni." Książeczka z dużym drukiem, solidnymi marginesami i grubymi kartkami raczej jest kryminalną nowelą niż powieścią. Aluzja do podobnej sytuacji z kryminału Agaty Christie jest aż nadto czytelna, mimo że postać prowadzącego śledztwo z konieczności nakreślona przez Läckberg nie ma cech Herkulesa Poirot, choć szczęścia i intuicji mu nie zabraknie.

Rodzinne spotkanie w pięknym pensjonacie na wyspie Valö wcale nie jest miłe dla rodziny, gdyż senior rodu po kolei czyni im zarzuty nieudolności, błędnych inwestycji, łatwego życia na jego koszt, by następnie przy wspólnym posiłku teatralnie zejść z tego świata. Charakterystyczny zapach migdałów pochodzący ze szklanki wody sugeruje, iż ktoś pomógł zakończyć życie Rubenowi Liljecronas. Martin Molin, jeszcze niedoświadczony policjant, który dochodzi do wniosku, że niewiele go już łączy z Lisette Liljecronas, musi podjąć rutynowe działania. On się męczy, żałując, iż w pobliżu nie ma doświadczonego partnera, wszyscy jedzą i piją kawę, a w chłodni spoczywa wpierw jeden trup, potem drugi. Śnieżna i mroźna pogoda uniemożliwia kontakt z lądem. Trzeba czekać na lodołamacz.

Pomysł na dobry kryminał nie został wykorzystany, choć doskonała sceneria, gdyby lepiej została wkomponowana w akcję, i zaskakujące zakończenie dowodzi, że była możliwość rozwinięcia szkicu w powieść. Na pewno słabą stroną są niedopracowane postacie i brak umiejętności włączenia ich w zawiłą fabułę trzymającą w napięciu. Zamieć śnieżna i woń migdałów to powiastka do szybkiego przedświątecznego przeczytania wtedy, gdy widzimy na całej połaci śnieg.
______________________
Camilla Läckberg, Zamieć śnieżna i woń migdałów / Snöstorm och mandeldoft, przeł. Inga Sawicka, wyd. I, s. 144, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.

czwartek, 28 listopada 2013

Siódmy sekret szczęścia - Sharon Owens



Co rok czytam przynajmniej jedną książkę bożonarodzeniową, i co rok nie ma po tym śladu na blogu wyzwaniowym. Czas się zrehabilitować. Opowieść rozpoczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia. Ruby wraz z przyjaciółką wybiera drogi prezent dla swojego męża. W oczekiwaniu na jego powrót z pracy robi ostatnie przedświąteczne porządki. W międzyczasie odbiera telefon od Jonathana, który powiadamia ją, że musi jeszcze zawieźć klientowi dokumenty. Nietrudno przewidzieć, czym to się skończy… 
Książka ma chyba wszystkie wady czytadeł: jest przewidywalna, z drętwymi nieraz dialogami, chwilami pretensjonalna i banalna. Mogłabym też zarzucić jej niepoważne potraktowanie poważnego tematu. Ale mimo to okazała się całkiem niezłym remedium na ponurą aurę za oknem. Zawiera sporą dawkę humoru oraz kilka życiowych rad, jakby żywcem wyjętych z kobiecego czasopisma. Dodatkowy bonus to zaskakująca – jak na ten gatunek – liczba momentów oraz elementy science–fiction (pielęgniarka w szpitalu przynosząca położnicy i jej przyjaciółce herbatę i ciasteczka).

środa, 20 listopada 2013

Magia świąt (Szczęście w cichą noc - Anna Ficner-Ogonowska)


           „Wiedziała, że wystarczy, gdy się uśmiechnie, bo uśmiech to najcenniejsze przypieczętowanie ważnych i dobrych chwil przydarzających nam się w życiu. Najczęściej uśmiech wystarcza, a gdy tak się dzieje, to nie musimy silić się na słowa. Ale jest jeden warunek. Musimy być przekonani, że osoba, do której się uśmiechamy, zrozumie, że uśmiechamy się do niej przede wszystkim sercem...”*

            Twoja mama miała kiedyś marzenie, oczami wyobraźni widziała jak ty wraz siostrą, waszymi mężami, całą rodziną siadacie wraz z nią i tatą do wspólnej wieczerzy wigilijnej. Miała to być wasza wspólna tradycja, los jednak chciał inaczej i zabrał wam rodziców. Czy coś jednak stoi na przeszkodzie by spełnić owe marzenie? Wszak rodzice będą z wami duchem i na pewno będą się cieszyć. Tak, nadszedł czas na waszą tradycję.

            Po wielu zawirowaniach losu Hania i Mikołaj są wreszcie razem na dobre i złe. A co ważniejsze i chyba najwspanialsze dla nich samych - oczekują na swoje szczęście, które kobieta nosi pod sercem. Hania jest na zwolnieniu lekarskim i odpoczywa w domu, ciąża jej służy, promienieje szczęściem i według Mikołaja jest jeszcze piękniejsza niż dotychczas. Zapatrzony w nią i zakochany, rozumiejący nawet samym spojrzeniem, to co chce mu przekazać nie dziwi się nowemu pomysłowi ukochanej. Hania chce bowiem spełnić marzenie mamy i zrobić wigilię dla wszystkich, którzy są jej nową rodziną. Po początkowym oporze Dominiki, która w trosce o zdrowie siostry chce jej to wyperswadować przygotowania do świąt idą pełną parą. Jest jeszcze jednak coś co Hania musi zrobić sama.. Co to takiego i jak poszły przygotowania do świąt przekonać musicie się już sami.

            Gdy czytałam ostatnie zdanie „Zgody na szczęście” z wielkim żalem rozstawałam się z Hanią i całą resztą. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że Autorka szykuje dla swoich czytelników niespodziankę na święta w postaci omawianej w dniu dzisiejszym książki. Jak ja się jej nie mogłam doczekać! Ciekawość tego co u Hani i Mikołaja była silniejsza od postanowienia przeczytania jej w okolicy świąt...

            Po raz kolejny  Anna Ficner - Ogonowska nie zawodzi i zachwyca swoim stylem pisania, który jest taki piękny i jak już nie raz wspominałam, czasami poetycki. Tym razem daje swoim bohaterom odetchnąć i jedyne zawirowania jakie wprowadza w ich życie to wzajemna troska o siebie, opiekuńczość wobec Hani, zamieszanie związane z przygotowaniem do rodzinnych świąt i czymś z czym Hania musi się uporać by móc całkowicie cieszyć się z tego co ma, ale o tym cicho sza. Autorka stworzyła fabułę, która jest przesiąknięta miłością, troską, szczęściem i radosnym oczekiwaniem na to co ma nadejść. Za pomocą pani Irenki oraz Hani snuje opowieść o wigilijnych potrawach oraz tradycjach. Książka chociaż króciutka zawiera w sobie magie świąt, rodzinne ciepło i szczęście płynące z rodzinnego domu Hani. Fabuła powieści jest przesiąknięta miłością, radością, szczęściem oraz oczekiwaniem na to co ma nadejść. Akcja, mimo gorączkowych przygotowań, toczy się leniwie, ale nie nuży.

            Z radością, choć na chwilę, po raz kolejny spotkałam się z bohaterami, z którymi w trakcie czytania trylogii zdążyłam się mocno zżyć. Cieszę się ogromnie, że Ne zabrakło pani Irenki z jej sercem na dłoni, do której mam wielki sentyment, bo przypomina mi babcię. Również obecność Dominiki przyjęłam z radością - jej wybuchowy charakter sprawiał czasem zmartwienia, ale głównie jest przyczyną zabawnych sytuacji i rozmów. O Hani i Mikołaju Ne muszę chyba wspominać? Ich historia i takie zakończenie sprawia radość i daje nadzieję. Tak naprawdę rzez tę opowieść przewijają się wszystkie osoby, które znaczą wiele dla Hani, które uważa za swoją rodzinę.

            Książka mnie oczarowała i pochłonęłam ją mgnieniu oka. Wystarczyła mi godzina, by zapoznać się z tą historią, by wraz z bohaterami przeżyć wigilię, jak z marzeń mamy Hani. Ciepło i szczęście płynące z tej powieści otuliło mnie jak puchowa kołderka. Syciłam się tym spokojem, tą radością i miłością. Książeczkę czytałam na kilka dni przed premierą, a w chwili obecnej jest już przeczytana drugi raz. Z zadowoleniem stwierdzam, że zarówno u Hani, jak i Dominiki nastały szczęśliwe dni. I chociaż nie zawsze będzie prosto i kolorowo razem z swoją rodziną dadzą radę.  Bardzo polubiłam styl jakim pisze Anna Ficner - Ogonowska oraz to w jaki sposób pisze o życiu i codzienności. Nawet w tej krótkiej historii tego nie zabrakło. Wiadomo już, od samej autorki, że powstaje kolejna książka – nie mogę się jej doczekać…

            Książka ta w cudowny sposób przypomina o tym co ważne, o tym, że chociaż w ten świąteczny czas powinniśmy pamiętać tylko o tym co nas łączy. Mówi o tradycjach tych bardziej i mniej znanych w domach. Jest też pełna miłości i tej świątecznej otoczki. Mnie ona ujęła…

*str. 129
Autor: Anna Ficner - Ogonowska
Tytuł: Szczęście w cichą noc
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 06 listopada 2013
Liczba stron: 176