Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012/2013 - książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012/2013 - książka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 lutego 2013
Magia świąt - C. Atkinson, V. Bolton, A. Jenkins
Ta książka o podtytule "Tradycyjne przepisy kulinarne i świąteczne ozdoby" to oczywiście nie powieść, tylko poradnik. Niestety nie udało mi się go przeczytać przed ubiegłymi świętami, skończyłam dopiero w styczniu, ale mam nadzieję, że przypomnę sobie o nim w listopadzie i wtedy wykorzystam :)
To bardzo poręczna i zgrabna książeczka, w przyjemnym kwadratowym kształcie. Podzielona jest na dwie części, zgodnie z podtytułem. Ale, żeby trochę bardziej wprowadzić świątecznego "ducha" tu i ówdzie pojawiają się również teksty kolęd. We wstępie mamy również takie jakby kalendarium przygotowań, w którym pokazano, kiedy należy przygotować niektóre potrawy i ozdoby.
A teraz trochę bardziej "w szczególe". Przepisów kulinarnych jest w sumie niewiele, głównie na potrawy z kręgu anglosaskiego (np. pudding śliwkowy, babeczki mince pies) i głównie na słodko. Jedynym wyłomem są grzane wino i ajerkoniak.
Natomiast jeśli chodzi o ozdoby świąteczne to tu jest już pełen przekrój najróżniejszych możliwych wariacji. I nawet ja, która raczej do takich rzeczy mam 'dwie lewe ręce', nabrałam ochoty, żeby na kolejne święta coś takiego przygotować - instrukcje są bardzo przejrzyste, często z rysunkami wyjaśniającymi, a na końcu książeczki dołączono również szablony. A jakie ozdoby tu znajdziemy? Między innymi zabawki na choinkę, ozdoby do świec, opakowania na prezenty (niektóre same wyglądają jak prezent;) ), serwetki, kartki świąteczne, wianuszki, świąteczne skarpety i inne ozdoby kominkowe oraz zasłony ze śnieżynkami.
Wszystko ilustrowane jest pięknymi zdjęciami, każda strona jest również ozdobiona ornamentami kojarzącymi się z Bożym Narodzeniem - naprawdę bardzo przyjemnie się to przegląda i czyta.
Recenzja tej książki kończy tegoroczny sezon wyzwania.
Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim współuczestniczkom za wspólne przeżywanie tego pięknego okresu. Ja osobiście dumna jestem z siebie, że udało mi się moje adwentowe postanowienie spełnić - utrzymać 'dyscyplinę' pisania tworząc adwentowy kalendarz - mam nadzieję, że Wam się podobał. Bardzo mnie też w związku z tym cieszyły te wszystkie Wasze wpisy, które nie były recenzjami - o bombkach, kolędach, kalendarzach adwentowych - dziękuję :) To pokazuje, że wyzwanie ewoluuje pięknie w różne strony.
Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim serdecznie, również czytelnikom :) i zapraszam na kolejną edycję w listopadzie z wielką nadzieją, że się stawicie :)
piątek, 11 stycznia 2013
Stokrotki z śniegu - Richard Paul Evans
Swego czasu było o tej książce głośno. Później okazało się, że na tylnej okładce znalazł się fragment opinii Kalio, co napełniło mnie nadzieją, bo jeśli jej się coś podobało, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że i mnie to zauroczy. A jeszcze później, w pewnej księgarni, wzięłam Stokrotki w śniegu do rąk i zaczęłam czytać, tak mocno się wciągając, że postanowiłam zabrać je ze sobą do domu. Po powrocie do domu zaś odłożyłam tę powieść na półkę, stwierdzając, że musi poczekać na odpowiedni, idealny dla niej moment. Bo jak już pewnie większość z was wie, Stokrotki w śniegu, to książka, którą najlepiej przyswaja się w ciepłym pokoju, z kubkiem gorącej czekolady w dłoni, podczas gdy na zewnątrz hula wiatr i pada śnieg.
Całość recenzji do przeczytania tutaj
czwartek, 10 stycznia 2013
W księżycową jasną noc
Zazwyczaj staram się, by lektura książki poprzedzała oglądanie filmu. Tym razem zrobiłam odwrotnie, ale nie czuję, by wybrana przeze mnie kolejność w jakikolwiek sposób zubożyła treść opowiadanej historii.
Młodzi żołnierze amerykańscy ze specjalnej grupy, do której wcielano mężczyzn o bardzo wysokim IQ, zostają wysłani do pałacyku myśliwskiego w głębi lasu, gdzie mają tworzyć czujkę wojska. Nędznie wyposażeni, zdezorientowani co do tego, gdzie tak naprawdę są, docierają do właściwego miejsca i choć pustkowie wokół nich budzi najgorsze lęki, to jednocześnie - z dala od zwierzchników, przemoczonych namiotów, kiepskiego jedzenia - warunki życia zdecydowanie mają lepsze niż dotychczas. Pewnego dnia spotykają żołnierzy niemieckich i to zaczyna się właściwa historia...
Treść powieści Wiliama Whartona została na potrzeby filmu delikatnie odchudzona. W książce znaleźć można było więcej informacji, które pozwalały na pełniejsze poznanie poszczególnych bohaterów. Ich osoby stawały się dzięki literackim opisom bardziej wielowymiarowe niż te, które poznaliśmy w filmie. Przeszłość bohaterów warunkowała ich nastawienie do wojny, ludzi, a doświadczenia sprzed wojny (najczęściej młodzieżowe, by nie rzec nastoletnie) wciąż wybrzmiewały w postępowaniu młodych żołnierzy.
Jedno z wydarzeń historii opowiedzianej w "W księżycową jasną noc" sprawia, że cieszę się z obejrzenia filmu. Wiem, że samo przeczytanie o tym w książce nie uświadomiłoby mi jak wiele szacunku i przywiązania łączyło Amerykanów. Mówię - to dla tych, którzy czytali i widzieli - o scenie kąpieli.
"W księżycową jasną noc" zrobiło na mnie duże wrażenie.
sobota, 29 grudnia 2012
Miłość na święta?
„- Kocham cię, Dylanie.
- Ja też cię kocham.
- Jesteś cudownym człowiekiem.
- Wiem o tym.
- I bardzo skromnym…
- Jaki sens ma fałszywa skromność?”*
Traumatyczne
przeżycia pozostają w człowieku na zawsze. Powodują, że jakaś część duszy pozostaje
zamknięta dla otoczenia i innych ludzi. Czasem zdarza się jednak, że pojawia się ktoś, kto znajduje
klucz do tego zamkniętego obszaru i nawet gdy wydaje się, że nie chcemy by go
uwalniać, on to czyni. Powoli, tak by wszystko było do tej pory zamknięte i
gromadzone, odeszło, a wraz z tym ból i niepewność.
Emily
od roku jest sama po tym jak narzeczony nie zjawił się w dniu ślubu w kościele.
Po tym upokorzeniu wyjechała z rodzinnego Belfastu i mieszka teraz w Londynie oraz
pracuje w magazynie o dekoracji wnętrz.
Pewnego dnia zabrała się za odgruzowywanie mieszkania, czyli pozbycie się
zbędnych rzeczy i oddać je na dary do jakiegoś sklepu, który po sprzedaży
przeznacza pieniądze na szczytne cele. Tam poznaje Dylana, idealnego mężczyznę,
któremu od razu się spodobała. Zaczynają się spotykać, ale czy Emily zapomni o
tym co ją spotkało i da się ponownie ponieść emocją? Czy tym razem dobrze
wybierze?
W
okresie świątecznym czuję potrzebę sięgnięcia po literaturę choć trochę
związaną z tym magicznym czasem. Tym bardziej gdy zdarzają się chwilę gdzie nie
czuję owej magii chociaż bardzo bym chciała. Tym razem padło na „Zimowy ślub”
Owens, polecony mi w tamtym roku. Z opisu wynikało, że będzie to książka lekka
i przyjemna, czyli akurat.
Książka
nie jest pozbawiona wad, bo czasem odnosiłam, że dialogi bywały sztuczne i
trochę przesłodzone, ale nie było to żadną przeszkodą. Prawdę mówiąc niezbyt
zwracałam na to uwagę i z wielką przyjemnością oddawałam się lekturze.
Spodobało mi się w tej publikacji to, że Autorka nie stworzyła żadnego
melodramatu. Emily dużo przeszła i potrzebowała czasu by to przetrawić, ale gdy
była z Dywanem nie miotała się, nie zrywała i nie wracała setki razy. Było
widać, że nie oczekuje zbyt wiele od życia i cieszy się z tego co ma. Może
właśnie dlatego tak łatwo zjednywała sobie ludzi, nie można było jej nie
polubić. Tak samo było z Dywanem, który z miejsca zdobył moją sympatię. Ujął
mnie jego charakter i sposób w jaki postępował z Emily oraz jej rodzicami.
Lekka i przyjemna historia, która zaczyna się w Wigilie. Duża dawka romantyzmu,
zabawne dialogi, barwne opisy pokrytego śniegiem Londynu. Przedstawienie życia
Emily tak jakby mogło dziać się to naprawdę. Bez wyolbrzymiania i tego, że ktoś
jest biedny, a ktoś bogaty.
Jestem
oczarowana lekkim piórem Owens. Tym jak pisze i tworzy, co prawda była to moja
pierwsza jej książka, ale na pewno nie ostatnia. Cenie sobie powieści, które
wciągają od pierwszych stron i sprawiają, że nie idzie się od nich oderwać. Jak
już wspominałam prędzej fabuła jako całość
nie zaskakuje, ale zdarzały się momenty niepewności tego co będzie. Każda
kobieta potrzebuje chwili relaksu, w której będzie mogła pomarzyć o swoim
księciu z bajki i ta powieść to umożliwia. Wczułam się w emocje, które
odczuwała główna bohaterka i przeżywałam wszystko razem z nią. Wydaje się nie
wyróżniać niczym specjalnym, ale ma w sobie coś co sprawiło, że przepadłam z
nią na kilka dobrych godzin.
„Zimowy
ślub” to pozycja, która wzrusza i bawi oraz pozwala zapomnieć o troskach dnia
codziennego. Lekki styl pisania, barwne opisy i otulające jak puchowa kordełka
słowa sprawiają, że chce się więcej i więcej. Polecam!
*str. 269
Autor: Sharon Owens
Tytuł: Zimowy ślub
Wydawnictwo: Świat
Książki
Rok wydania: listopad
2011
Liczba
stron: 288
"9 wigilii" antologia
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 224
Moja ocena : 5/6
Można powiedzieć, że lekturę "9 wigilii" na czas świąteczny zaplanowałam już parę lat temu. Kupiłam sobie książkę latem, po jakieś okazyjnej cenie, stwierdzając, że na zimę będzie w sam raz. Nie określiłam tylko na którą zimą, bo książka przeleżała na mojej półce ponad 4 lata.
W końcu wyzwanie trójkowe zmobilizowało mnie do poznania wigilii w 9 różnych wersjach, widzianych oczyma takich autorów jak: Joanna Szczepkowska, Stefan Chwin, Wojciech Kuczok, Jerzy Pilch, Paweł Huelle, Antoni Libera, Natasza Goerke, Łukasz Dębski, Agnieszka Kołkowska.
Nie wiem jak Wam, ale mnie nazwiska tych autorów w ogóle nie kojarzą się z cukierkowymi, świątecznymi opowiadaniami. I moje skojarzenie, a właściwie jego brak, było jak najbardziej słuszne. Przedstawione w zbiorze historie zawierają oczywiście motyw świąt, ale nie są to opowiastki ociekające lukrem, jak w świątecznej reklamie coca-coli.
Niektóre opowiadania wzruszają, inne skłaniają do zadumy, jeszcze inne, mimo że zawierają motyw świąt, poruszają zupełnie inne tematy. Jak wypada charakterystyka poszczególnych opowiadań?
Najbardziej przypadło mi do gustu ostatnie opowiadanie, napisane przez Panią Joannę Szczepkowską. Mam straszny sentyment do Autorki, już dobre piętnaście lat temu czytałam w Wyborczej jej tematyczne felietony. Dlatego, chyba trochę subiektywnie wyróżniam jej historię "Okno dla anioła", przedstawiającą historię niespodziewanego, wigilijnego gościa.
W drugiej kolejności podobało mi się opowiadanie "I gęsi, i żurawie" Jerzego Pilcha. Atmosfera świąteczna w biednej wsi, ukazana została przez pryzmat jej mieszkańców, którzy w swym gronie mają jednego wyjątkowego osobnika. Bardzo nietypowa ta świąteczna opowieść, ale o jakimś takim niesamowitym klimacie. Jeżeli to jest typowe dla twórczości Pilcha, to proszę o więcej :)
Trójkę moich faworytów w tym zbiorze zamyka opowiadanie "Niech się panu darzy..." Antoniego Libera. W tej historii pojęcie cudu bożonarodzeniowego, nabiera nowego znaczenia. Świetna opowieść, szkoda tylko, że taka krótka.
Pozostałych sześć opowiadań zrobiło na mnie mniejsze wrażenie, ale nie da się ukryć, że są one przykładem dobrej, polskiej literatury. Opowiadanie Wojciecha Kuczoka "Opowieść wigilijna" jest chyba najbardziej wzruszające i nostalgiczne. "Czwarty, który nie zdążył" Agnieszki Kołakowskiej, to historia czwartego wędrowca, który miał dotrzeć do Betlejem i na własne oczy zobaczyć narodzenie Proroka.
"Franz Carl Weber" Pawła Huelle porusza wątek wspomnień, związanych z czasem świątecznym, który przeplatany jest wciągającą historią, prawie szpiegowską. "Malarz duchów" Nataszy Goerke to obraz z pograniczy snów i jawy. "O mówieniu ludzkim głosem" Łukasza Dębskiego pokazuje, jakie znaczenie mogą mieć święta dla porzuconych dzieci. Bardzo wzruszająca opowieść, choć momentami napisana bardzo brutalnym językiem.
"Puste krzesło przy wigilijnym stole" Stefana Chwin to obraz samotności i skomplikowanych relacji w związku. Czas świąteczny sprzyja zmianom, które radykalnie wpłyną na bohaterów opowiadania.
"9 wigilii" to antologia świąteczna, ale nieco inna od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Jeżeli chcecie poznać trochę inny odcień świąt, zapraszam do lektury.
Książkę przeczytałam w ramach grudniowej Trójki e-pik oraz wyzwania Znalezione pod choinką.
Liczba stron: 224
Moja ocena : 5/6
Można powiedzieć, że lekturę "9 wigilii" na czas świąteczny zaplanowałam już parę lat temu. Kupiłam sobie książkę latem, po jakieś okazyjnej cenie, stwierdzając, że na zimę będzie w sam raz. Nie określiłam tylko na którą zimą, bo książka przeleżała na mojej półce ponad 4 lata.
W końcu wyzwanie trójkowe zmobilizowało mnie do poznania wigilii w 9 różnych wersjach, widzianych oczyma takich autorów jak: Joanna Szczepkowska, Stefan Chwin, Wojciech Kuczok, Jerzy Pilch, Paweł Huelle, Antoni Libera, Natasza Goerke, Łukasz Dębski, Agnieszka Kołkowska.
Nie wiem jak Wam, ale mnie nazwiska tych autorów w ogóle nie kojarzą się z cukierkowymi, świątecznymi opowiadaniami. I moje skojarzenie, a właściwie jego brak, było jak najbardziej słuszne. Przedstawione w zbiorze historie zawierają oczywiście motyw świąt, ale nie są to opowiastki ociekające lukrem, jak w świątecznej reklamie coca-coli.
Niektóre opowiadania wzruszają, inne skłaniają do zadumy, jeszcze inne, mimo że zawierają motyw świąt, poruszają zupełnie inne tematy. Jak wypada charakterystyka poszczególnych opowiadań?
Najbardziej przypadło mi do gustu ostatnie opowiadanie, napisane przez Panią Joannę Szczepkowską. Mam straszny sentyment do Autorki, już dobre piętnaście lat temu czytałam w Wyborczej jej tematyczne felietony. Dlatego, chyba trochę subiektywnie wyróżniam jej historię "Okno dla anioła", przedstawiającą historię niespodziewanego, wigilijnego gościa.
W drugiej kolejności podobało mi się opowiadanie "I gęsi, i żurawie" Jerzego Pilcha. Atmosfera świąteczna w biednej wsi, ukazana została przez pryzmat jej mieszkańców, którzy w swym gronie mają jednego wyjątkowego osobnika. Bardzo nietypowa ta świąteczna opowieść, ale o jakimś takim niesamowitym klimacie. Jeżeli to jest typowe dla twórczości Pilcha, to proszę o więcej :)
Trójkę moich faworytów w tym zbiorze zamyka opowiadanie "Niech się panu darzy..." Antoniego Libera. W tej historii pojęcie cudu bożonarodzeniowego, nabiera nowego znaczenia. Świetna opowieść, szkoda tylko, że taka krótka.
Pozostałych sześć opowiadań zrobiło na mnie mniejsze wrażenie, ale nie da się ukryć, że są one przykładem dobrej, polskiej literatury. Opowiadanie Wojciecha Kuczoka "Opowieść wigilijna" jest chyba najbardziej wzruszające i nostalgiczne. "Czwarty, który nie zdążył" Agnieszki Kołakowskiej, to historia czwartego wędrowca, który miał dotrzeć do Betlejem i na własne oczy zobaczyć narodzenie Proroka.
"Franz Carl Weber" Pawła Huelle porusza wątek wspomnień, związanych z czasem świątecznym, który przeplatany jest wciągającą historią, prawie szpiegowską. "Malarz duchów" Nataszy Goerke to obraz z pograniczy snów i jawy. "O mówieniu ludzkim głosem" Łukasza Dębskiego pokazuje, jakie znaczenie mogą mieć święta dla porzuconych dzieci. Bardzo wzruszająca opowieść, choć momentami napisana bardzo brutalnym językiem.
"Puste krzesło przy wigilijnym stole" Stefana Chwin to obraz samotności i skomplikowanych relacji w związku. Czas świąteczny sprzyja zmianom, które radykalnie wpłyną na bohaterów opowiadania.
"9 wigilii" to antologia świąteczna, ale nieco inna od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Jeżeli chcecie poznać trochę inny odcień świąt, zapraszam do lektury.
Książkę przeczytałam w ramach grudniowej Trójki e-pik oraz wyzwania Znalezione pod choinką.
niedziela, 23 grudnia 2012
"Na Gwiazdkę" Małgorzata Musierowicz
„Na Gwiazdkę” Małgorzaty Musierowicz, ogrzała moje serce i przyniosła mi dużo radości w ten przedświąteczny czas. Ta skromnego rozmiaru książeczka, nostalgiczna i nastrojowa, napisana jest z typowym dla Małgorzaty Musierowicz pazurem i przyprószona leciutko mgiełką humoru. Dokładnie tego potrzebowałam, aby odetchnąć od gorączkowych przygotowań, kolejek, pakowania prezentów i kolejnej blachy upieczonych ciasteczek.
We wstępie Autorka pisze, że to niby taki mały poradnik dla młodych czytelniczek, o tym jak przygotować Boże Narodzenie, „z pewnymi sugestiami kulinarnymi, ale też i o charakterze ogólniejszym”. Kiedy czytałam tą książkę szczerze żałowałam, że sięgnęłam po nią tak późno, bo tam i przepis na doskonale pierniczki, piernik i tort makowy się znajdzie. Nawet przypomnienie, kiedy trzeba ukisić barszcz! A tu już menu świąteczne obmyślone i nawet niektóre podpunkty wykonane! Nic to, wykorzystam w przyszłym roku. Przepisy przeplatają się z pięknymi opowieściami, niektóre są zaczerpnięte z życia pisarki, niektóre z historii. Cudnie je się czyta wciśnięte pomiędzy fragment wiersza i przepis „który zawsze wychodzi”. Pani Małgorzata uchyliła dla nas drzwi swojego domu i życia pozwalając podglądać, jak u niej szykuje się do Świąt. Przypomina nam, że oczekiwanie na Święta należy rozpocząć w pierwszym dniu Adwentu, i nie tylko o te wizualne aspekty chodzi, ale głównie o przygotowanie samych siebie.
„Dlaczego niektórzy ludzie właśnie w Wigilię stają się tak nieznośni dokuczliwi?
Tego wieczoru czekamy, aż urodzi się Miłość. Ona wciąż się odradza na nowo, jest bezbronna jak małe dziecko i – tak jak ono – wymaga, żeby ja przyjąć całym sercem, żeby się o nią zatroszczyć, żeby skupić na niej uwagę.
Wtedy rozkwita.
Ale człowiek, który kogoś skrzywdził, który uczynił coś niegodziwego albo zaprzeczył sam sobie, popada w dziwną rozpacz i szydercze rozdrażnienie, kiedy w wieczór poprzedzający przybycie Miłości musi sobie nagle uprzytomnić, że się jej sprzeniewierzył”.
Z przyjemnością poczytałam sobie o rodzinnej tradycji robienia ozdób choinkowych, wśród których ptaszki i aniołki mają szczególne miejsce. Z tyłu książki można znaleźć szablony do ich własnoręcznego wykonania! Małgorzata Musierowicz w przepiękny sposób opowiada o swojej fascynacji jednymi i drugimi.
Uwielbiam takie zwyczajne, ale bardzo intymne wyznania, wtedy mam wrażenie, że pisarz to człowiek, a nie postać na cokole.
Ta książka z pewnością zawita u mnie i za rok i za dwa... Pokuszę się kiedyś pewnie na wypróbowanie przepisów, ale to nie z ich powodu będę do niej wracać. To ciepło z niej bijące, mądrość i radość oczekiwania na Święta będą tym magnesem. Prawdziwy miód na moje serce i lek na przedświąteczny stres.
____________________________
Małgorzata Musierowicz, Na Gwiazdkę, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2007, s.144.
Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
sobota, 22 grudnia 2012
"Świąteczny sweter"
______________________
Glenn Beck, Świąteczny sweter / The Christmas Sweater, przeł. Anna Reszka, wyd. I, s. 288, Nowa Proza, Warszawa 2009.
czwartek, 20 grudnia 2012
Wigilia na Monte Sicuro
Tu scendi dalle stelle, o Re del cielo,
e vieni in una grotta, al freddo e al gelo.
O, Bambino mio divino,
in Ti vedo qui a tremar!
O, Dio beato,
aih! quanto Ti costo'
l'averci amato!... Tak śpiewały kolędę włoskie dzieci z miasteczka Monte Sicuro w podzięce za otrzymane prezenty w Wigilię 1945 roku. Nie spodziewałam się, iż natrafię na wątek wigilijny w powieści Gustawa Morcinka Judasz z Monte Sicuro.
Książka jak kalendarz adwentowy prowadzony od 11
grudnia 1945 r. do Wigilii z bonusem 26 grudnia. Każdego dnia jedna
opowieść. Jednocześnie otrzymujemy kompozycyjny pierścień zaczynający
się od wjazdu do miasteczka na wzgórzu a kończący zjazdem, pospiesznym
opuszczeniem. Dodatkowo dostrzegalna jest budowa szkatułkowa (ten
kalendarz), która poszerza czas fabuły nawet od 1919 roku.
e vieni in una grotta, al freddo e al gelo.
O, Bambino mio divino,
in Ti vedo qui a tremar!
O, Dio beato,
aih! quanto Ti costo'
l'averci amato!... Tak śpiewały kolędę włoskie dzieci z miasteczka Monte Sicuro w podzięce za otrzymane prezenty w Wigilię 1945 roku. Nie spodziewałam się, iż natrafię na wątek wigilijny w powieści Gustawa Morcinka Judasz z Monte Sicuro.
W
tak dopracowanej kompozycyjnie powieści pisarz sięga do swoich przeżyć
wojennych, którą spędził w obozach koncentracyjnych w Skrochowicach,
Sachsenhausen i Dachau oraz swej rekonwalescencji we Francji, pobytu we
Włoszech. I właśnie na miejsce swej akcji wybrał odcięte od świata
miasteczko na wzgórzu w pobliżu Ancony - Monte Sicuro. To tam pułkownik II Korpusu wysłał ocalonych z obozów trzynastu
cywilów, łazików, chudych jak Piotrowiny, co z grobu wylazły, jak o nich mówią, by uporali się ze swoimi wojennymi przeżyciami, oczyścili i mogli wrócić do świata.
Zakwaterowani
zostają w zdewastowanym w wyniku działań wojennych zamku. Płonie ogień w
kominku, oni zaś wylegują się między inkunabułami i innymi starymi
księgami. Wśród nich jest trzech inteligentów, jeden Polonus z Francji,
Polak żydowskiego pochodzenia i ośmiu robotników. Zawieszeni są w
politycznym i społecznym niebycie. Tam w kraju są być może ocalone
rodziny, a tu oczekiwanie, mrzonki o powrocie Andersa z korpusem i
generała Maczka z dywizją i całego sprzętu bojowego, jak również
czekanie na przyjęcie emigrantów przez Anglików. Są jak apostołowie, z
których jeden okaże się Judaszem i wróci do kraju komunistów. Tymczasem
aluzja pułkownika do biblijnego Judasza wzbudza wspomnienia dwóch
mężczyzn, którzy w głębi duszy już uważają się za Judaszów, gdy
analizują swoje zachowanie sprzed lat względem najdroższych im osób.
Co robić w tym wyizolowanym miejscu? Jak zająć czas? Kapitan mianowany starostą wprawdzie chce czytać ukochaną Złotą legendę,
lecz ów biały kruk i losy świętej Julianny nie wzbudzają
zainteresowania. Natomiast propozycja Jacka Kuźmy, postaci wyróżniającej
się spośród innych, zostaje przyjęta. Od 11 grudnia mają opowiadać po
kolei swoje największe przeżycie, takie, które do tej pory nie daje mu
spokoju. "Wszyscy kamraci na Monte Sicuro to ludzie z jakimiś
kompleksami...", a miejsce sprzyja zwierzeniom. (...)
Grudzień sprzyja tęsknocie, myśli krążą wokół rodzin, które są gdzieś w kraju, bliskich, których losy są nieznane i tych, których się już nie zobaczy. To czas rozliczania ze swoich życiowych grzechów. Najważniejsza
jednak dla konstrukcji fabuły będzie wigilijna opowieść Jacka Kuźmy,
która dopiero ujawni więzy z poprzednimi postaciami, które już się
pojawiły w tle innych historii. Jednak wyjątkowy dzień w kończącym się
roku będzie miał preludium w podarunkach łazików dla włoskich dzieci i ich kolędowaniu,
obozowym wspomnieniu, gdy w Sachsenhausen pod oświetloną choinkę na rozkaz
esesmanów wynoszono schorowanych więźniów, by skonali na mrozie przy
dźwiękach Stille Nacht, oraz choince zrobionej z kolczastego
drutu przyniesionej przez Krzywonosa do zamkowego refektarza, nie tyleż śmiesznej co tragicznej.
Wspólne kolędowanie to Lulajże, Jezuniu, której słowa
rozwijają się w kierunku narzuconym przez mandolinistę Partyzanta:
Dam ja ci słodkiego, Jezu cukierku,
Rodzynków, migdałów, co mam w pudełku... stanie się pierwszym elementem finału, by przejść ku wniesieniu "syneczka".
Rodzynków, migdałów, co mam w pudełku... stanie się pierwszym elementem finału, by przejść ku wniesieniu "syneczka".
Powieść pisana w ostatnich latach życia autora
zaskakuje tematem, sposobem ujęcia losów bohaterów, odejściem od
propagandy, bo przecież wątek historyczny i wahania bohaterów są jak
najbardziej zrozumiałe. Łączy w sobie narrację powieściową i
nowelistyczną. Może jest i na swój sposób melodramatyczna, lecz
czytelnikowi to nie musi przeszkadzać.
Całość recenzji na blogu.
______________________
______________________
Gustaw Morcinek, Judasz z Monte Sicuro, wyd. 4., s. 288, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1982.
niedziela, 16 grudnia 2012
"Najcenniejszy Dar" Richarda Paula Evansa |
„Najcenniejszy dar” to pierwsza powieść Richarda Paula Evansa – autora osiemnastu bestsellerów. Jest to swego rodzaju książka autobiograficzna. Evans opowiada w niej swoją Świąteczną przygodę z przed wielu lat, kiedy był jeszcze młody i biedny. Tuż przed Świętami wraz ze swoją żoną i córeczką wprowadzają się do starego, wiktoriańskiego domu, aby zaopiekować się mieszkającą tam starszą panią.
Na początku gdy zaczęłam czytać „Najcenniejszy dar” brakowało mi tego czegoś, tej magicznej iskry, za którą tak uwielbiam książki tego autora. Oczywiście i w tej książce jest ta magiczna cząstka, która porusza serce i wyciska łzy.
Historia, którą opowiada Evans porusza kilka ważnych kwestii, a wszystkie związane są z przeżywaniem Świąt Bożego Narodzenia, miłością i rodziną. Zadaje pytanie o to co było pierwszym darem na Boże Narodzenia? Mirra, kadzidło, a może złoto? Albo jakimi zmysłami najbardziej odczuwamy Boże Narodzenie? Mary najbardziej lubi towarzyszące Bożemu Narodzeniu dźwięki. Richard (autor) natomiast, tak jak i ja, zapachy.
„Świąteczne zapachy to magia. Nie chodzi tylko o zapachy potraw, ale w ogóle wszystkiego. Pamiętam, jak któregoś razu, gdy byłem w szkole podstawowej, zrobiliśmy bożonarodzeniowe ozdoby, wciskając goździki w pomarańcze. Do dziś pamiętam, jak cudownie pachniały przez cały świąteczny okres. No i jest jeszcze aromat świec zapachowych, gorącego ponczu lub kremowego kakao w mroźny dzień. I gryząca woń mokrych skórzanych butów (…). Zapachy Bożego Narodzenia to zapachy mojego dzieciństwa.”
Richard Paul Evans napisał piękną opowieść świąteczną, która powinna być dla każdego czytelnika tak samo obowiązkowa jak „Opowieść Wigilijna” Dickensa. Zachęcam do sięgnięcia po nią zwłaszcza teraz, w grudniu.
Wpis znajduje się również na moim blogu TUTAJ
czwartek, 13 grudnia 2012
"Stokrotki w śniegu" Richard Paul Evans
Autor "Stokrotek w śniegu" pisze w przedmowie do książki: "Kiedy zaczynałem pisać tę książkę, myślałem o dwóch kwestiach. Po pierwsze, chciałem się zastanowić się nad tym, co by się stało, gdyby ktoś miał okazję przeczytać własny nekrolog i dowiedzieć się, co też świat tak naprawdę o nim myśli i jak go ocenia.
Po drugie, zaprzęgnąłem napisać prawdziwą bożonarodzeniową opowieść o odkupieniu. (...) To właśnie tym uczuciem chciałbym się z wami, Drodzy Czytelnicy, podzielić w ten wyjątkowy Czas - bożonarodzeniową baśnią, która sprawi, że Wasze Święta upłyną w pełnej ciepła atmosferze. Historia, która ogrzeje Wasze domy, a przede wszystkim Wasze serca".
Książkę przechowywałam specjalnie na ten przedświąteczny czas. Święta tuż tuż, pomyślałam więc, że warto pokrzepić serce miłą, ciepłą opowieścią. Richard Paul Evans daje nam dokładnie to, co obiecuje – wzorowaną na Dickensie baśń dla dorosłych, osadzoną we współczesnych realiach. Obrzydliwie bogaty biznesman James Kier jest człowiekiem o sercu skutym lodem, który poświeci wszystko i wszystkich dla zdobycia fortuny. Nie oszczędzi nawet swojej chorej żony. Pewnego dnia znajduje w gazecie swój nekrolog, a na stronie internetowej mnóstwo komentarzy wyrażających radość pod informacją o jego śmierci. Ilość i ton wypowiedzi wstrząsa Jamesem, który postanawia zrobić coś, co może wynagrodzić, niektóre przynajmniej, wyrządzone krzywdy... Każdy, kto czytał „Opowieść wigilijna” wie jak to się skończy, prawda?
Gdyby nie to, że czuję już prawie smak pierników i wigilijnych potraw, to nie strawiłabym tej przesłodzonej, ulepnej historii. W okresie świątecznym tolerancja na cukier zdecydowanie mi wzrasta, więc jakoś łyknęłam tą opowieść. Owszem, skłania ona nas do refleksji o tym, co po nas zostanie, jak będą nas pamiętać oraz niesie przesłanie, że nie jest nigdy za późno na czynienie dobra. Dla mnie to jednak za mało. Brak jej świeżości, oryginalności, polotu, czegoś, co naprawdę mogłoby człowieka chwycić za serce. To taka wielokrotnie już odtwarzana i przerabiana emocjonalna papka.
Cóż, będąc z natury sceptyczna, nie wierzę w cudowne ludzkie przemiany, a poza tym zdecydowanie wolę oryginalną „Opowieść wigilijną” Dickensa. Nie podobała mi się ta książka za bardzo, nie udało się też ogrzać Evansowi mojego serca, pewnie też jestem w mniejszości. Trudno.
Richard Paul Evans, Stokrotki w śniegu, przeł. Ewa Bolińska-Gostkowska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 297.
wtorek, 11 grudnia 2012
Richard Paul Evans Obiecaj mi.
Richard Paul Evans - autor, którego książki okupują pierwsze
miejsca na listach bestsellerów. Jego powieści przetłumaczono na
ponad dwadzieścia pięć języków. Amerykanin jest laureatem wielu literackich wyróżnień.
Zdobył uznanie nie tylko czytelników ,ale również magazynu "Romantic
Times", który przyznał mu nagrodę za najlepszą powieść dla kobiet.
Pisarz dwukrotnie cieszył się również ze zwycięstwa w konkursie
Storytelling World Awards(za książki dla dzieci). Evans udziela się
charytatywnie, ma własną fundację .Zgarnia za tę działalność liczne
statuetki i gratulacje. Mieszka w Salt Lake City wraz ze swoją żoną Keri
i piątką dzieci.
To właśnie małżonce zadedykował utwór "Obiecaj mi".
Każdy rozdział powieści rozpoczyna się wpisem z pamiętnika
głównej bohaterki - Beth Cardall. Kobietę poznajemy już na pierwszych
stronach książki . Zabiera nas ona do roku 1989. Jest 24 grudnia Wigilia
Bożego
Narodzenia. Dziewczyna zakłada dawno nie noszony naszyjnik , który kiedyś
otrzymała w prezencie. Opowiada czytelnikowi swoją historię. Mówi o trudnym dla niej czasie, i wydarzeniach w, których
uczestniczyła. W wieku dwudziestu ośmiu lat dowiaduje się najpierw o
jednej a potem kilku zdradach jakich dopuścił się ukochany. Dodatkowo
odkrywa , że jej córeczka Charlotte jest
poważnie chora. Pierwszą ze zdrad potrafiła wybaczyć
„A błądzić jest rzeczą ludzką, a wybaczyć... no, to już może
tylko miłość.”
Jednak
kolejne były dla niej kompletnym zaskoczeniem. Po śmierci męża przestała
wierzyć i miłość i ufać mężczyznom. Właśnie wtedy w jej życiu pojawia
się Matthew. Nowy bohater choć nie pracuje ma stabilną sytuację
finansową ,dobry samochód i co ważniejsze bardzo dużo wie o Beth
chociaż nigdy wcześniej się z nią nie spotkał. Najdziwniejsze w tym
wszystkim jest to , że Włoch zna nie tylko przeszłość ale i przyszłość
dziewczyny, potrafi pomóc chorej w chwili gdy lekarze są bezradni. Już
teraz może opowiedzieć o tym co wydarzy się za kilka lat. Kim on tak
naprawdę jest , jaki sekret ukrywa? Kto i komu coś obiecał ? Czy zdoła
tych przyrzeczeń dotrzymać ? .Te i mnóstwo innych pytań być może zadaje sobie większość osób czytających tę książkę.
"Złamane przyrzeczenia są jak rozbite lustra. Ranią
tych, którzy się ich kurczowo trzymają i wpatrują w popękane odbicia samych
siebie".
Zacytowane poniżej słowa wypowiedziała pierwszoplanowa
postać. Beth to osoba, która sama przeżyła to o czym powiedziała.
Została oszukana, zdradzona i wykorzystana. Całe jej małżeństwo okazało
się być jednym wielkim kłamstwem . Na szczęście zawsze mogła liczyć na
swoją przyjaciółkę Roxanne . Potem pojawił się Matthew mężczyzna , który
pozwolił jej uwierzyć, że zasługuje na to by być szczęśliwa. Pozostali
bohaterowie mimo iż są dobrze wykreowani schodzą na dalszy
plan. Autor skupia się na opisaniu historii tej najważniejszej trójki.
Beth , Matthew i Charlotte to oni są "w centrum zainteresowania". Pisarz
doskonale radzi sobie z opisem kobiecych uczuć, problemów i rozterek.
Narrację powierza młodej dziewczynie . Wszystko opisywane jest z jej
perspektywy.
Utwór
ten to " kopalnia" fantastycznych cytatów i powieść w, której
znajdziemy całą gamę różnorodnych emocji.( choć są też momenty w,
których ich brakuje a powinny się pojawić). Jest tu ból związany z
trudną decyzją, bezradność matki, która mimo iż bardzo chce nie potrafi
pomóc dziecku , miłość i nadzieja , że można oszukać czas.
Klamrą łączącą powieść w jedną całość są święta Bożego Narodzenia. Na kartach książki czuć ich urok oraz magię. "Obiecaj mi" to lektura adresowana przede wszystkim do kobiet. Doskonała na zbliżający się świąteczny czas.
Oba cytaty pochodzą z książki Richard Paul Evans Obiecaj mi str 60 i 146.
niedziela, 9 grudnia 2012
Każdy ma marzenie
„Wystarczyło
przecież pamiętać, że dorośli tak naprawdę nigdy nie przestali być dziećmi.”*
Marzenia towarzyszą nam od zawsze. Jako dzieci
marzyło się o składanej kolejce czy też domku dla lalek. Z wiekiem jednak one
się zmieniały, były większe lub mniejsze, ale równie ważne. Dzięki nim do
czegoś dążymy i czasem bujamy w obłokach. Po części to właśnie marzenia nadają
nam sens istnienia.
Książka ta to cztery opowiadania łączą się z sobą
jednym wspólnym tematem: świętami. „Jak wyglądają święta?” opowiada o tym jak
zwierzęta w pewnej gospodarce pragnęli zobaczyć jak wyglądają święta w domu.
Widząc na niebie św. Mikołaja poprosiły go o to. Z kolei „Mała choinka” mówi o małym drzewku, którego
nikt nie chciał jako drzewka bożonarodzeniowego i z tego powodu czuło się
bardzo smutne. Z powodu niskiego wzrostu było nieodpowiednie według ludzi. Trzecie
opowiadanie noszące tytuł „Zaczarowany renifer” jest o niesfornym Ronim. Chciał
zrobić coś co by sprawiło, że reszta reniferów była z niego dumna. Po długim
namyśle stwierdził, że chce latać jak renifery Mikołaja. Ostatnie tytułowe
opowiadanie „Pracowity Dzień Świętego
Mikołaja” jest o pewnym marzeniu taty Kasi i Tomka. Dzieci napisały list do
gwiazdora, ale czy ten odgadnie co to za marzenie, skoro dzieci nie napisały
nic dokładnego?
Książeczka
składa się z czterech króciutkich opowiadań jak już pewnie zdążyliście
zauważyć. Nie jestem zwolenniczką tek krótkiej formy wypowiedzi bowiem nie
każdemu jest dane stworzyć coś fajnego na kilku stronach. Jednak w literaturze
skierowanej do młodszego czytelnika pasują jak ulał.
„Pracowity
Dzień Świętego Mikołaja” jest bardzo ładnie wydany. Format A4 w twardej oprawie. Okładka
prezentuje świętego Mikołaja otoczonego zabawkami, jej wygląd i tytuł od razu
pozwalają się domyśleć o czym będzie dane nam czytać. W środku natkniemy się na
ilustracje na każdej stronie obrazujące o czym mówi tekst, dzięki temu maluch
może je oglądać gdy się mu czyta. Trzeba przyznać, że obrazki są starannie
wykonane i bardzo kolorowe, bardzo mi się podobały. Czcionka jest pogrubiona i dość
duża, na każdej stronie jest po kilka linijek tekstu. Całość zrobiona z myślą o
młodszych czytelnikach.
Opowiadania
czyta się szybko i z prawdziwą przyjemnością. Mi zajęło to zaledwie piętnaście
minut. Bardzo mi się podobały opowiadania, ale najbardziej zapadły mi w pamięci
dwa z nich. Mowa tu o „Mała choinka” oraz „Pracowity Dzień Świętego Mikołaja”.
Pierwsze mówi o tym, że zawsze trzeba marzyć i nawet gdy traci się już nadzieję
morze zdarzyć się cud. Drugie z kolei mówi o czymś co jest szczerą prawdą.
Teraz wiem to po samej sobie. I chyba tą prostotą przekazu mnie ujęło.
„Pracowity
Dzień Świętego Mikołaja” polecam dorosłym i dzieciom, obudzą magię świąt, na
chwilę zabiorą do bajkowego świata, a co
najważniejsze są z morałem. Język jest łatwy odbiorze i nie spotka się tu jakiś
trudnych i wyszukanych zwrotów.
*str. 108
Autor: Praca
zbiorowa
Tytuł: Pracowity
Dzień Świętego Mikołaja
Wydawnictwo: Elżbieta Jarmołkiewicz
Wydawnictwo: Elżbieta Jarmołkiewicz
Rok wydania: listopad 2005
Liczba
stron: 109
środa, 5 grudnia 2012
Wierszowane święta
Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!
Hu! Hu1 Ha! Nasza zima zła!
Płachta na niej długa, biała,
W ręku gałąź oszroniała,
A na plecach drwa...
Nasza zima zła!
Hu! Hu1 Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!*
Okres
świąteczny wpływa na mnie dość melancholijnie w tym roku, dlatego też
postanowiłam sięgnąć po książeczki, które czytałam w dzieciństwie. Stały się
przyjemną odmianą w te pochmurne dni. Tak oto trafiłam do świata bałwanków,
Mikołajów, choinek i wiele, wiele więcej.
„Choinkowe
wierszyki” składają się z trzydziestu sześciu wierszy napisanych przez różnych
autorów. Opowiadają one o niedźwiadku, który nie mógł spać. Przeczytamy również o
Mikołajach, którzy podobno nie istnieją, ale fajnie w nie wierzyć. A jeden z
autorów wymyślił nawet kolorowy śnieg. Spotkamy złą zimę z wiersza pani Konopnickiej czy też umykający mróz. To tylko kilka ciekawszych według mnie
wierszy.
Nie
jestem zwolenniczką wierszy, ale mam kilka swoich ulubionych, które mogłabym
czytać bez przerwy. Zbiór „Choinkowe wierszyki” mimo, że czytany drugi raz
dopiero teraz trafił do mojej listy ulubionych. Książeczka jest cienka, ma dużo
obrazków, ale nie przeczytałam jej w mig tylko delektowałam się nią po trochu.
Pierw
może zwrócę uwagę na wydanie, które, trzeba rzec, jest starannie wykonane.
Twarda oprawa z kolorową grafiką na okładce przyciąga oko I z pewnością zainteresuje
młodego czytelnika. Po otworzeniu książeczki od razu widać kolorowe rysunki,
które towarzyszą każdemu wierszowi, wiernie lub trochę mniej odwzorowują jakieś
zdarzenie z niej. Druk jest duży i pogrubiony dzięki czemu z łatwością się go
czyta. Wiersze są pisane prostym językiem i są łatwe do zrozumienia. Można się
z nich pośmiać, pomyśleć, a nawet pomarzyć. Dziecko może też nauczyć się kilku
ważnych rzeczy. Mi się bardzo podobała i sprawiła wiele radości. A oto mi
chodziło.
Nie
będę zanudzać was interpretacją każdego wiersza, ale śmiało mogę stwierdzić, że
jest to idealna pozycja dla naszych pociech na długie zimowe wieczory,
szczególnie w tym okresie świątecznym. Zajmująca czas, który się mile spędzi
dzięki niej.
*str. 29 („Zła zima” M. Konopnicka)
Autor: Wanda
Chotomska, Maria Konopnicka, Stanisław Jachowicz, Ludwik Jerzy Kern, Bronisława
Ostrowska, Konstanty Ildefons Gałczyński, Helena Bechlerowa, Włodzimierz
Scisłowski, Stanisław Grochowiak, Władysław Broniewski, Hanna Zdzitowiecka,
Tadeusz Kubiak, Józef Czechowicz, Wanda Grodzieńska, Tadeusz Śliniak
Tytuł: Choinkowe
wierszyki
Wydawnictwo: Philips
Wilson
Rok wydania: 1996
Liczba stron: 64
W księżycową, jasną noc William Wharton
Wydawnictwo Rebis, rok 1999, ilość stron 246
Jeszcze nie tak dawno temu gotowa byłam kruszyć kopie z każdym, kto źle wyraził by się o książkach Whartona, jeszcze nie tak dawno temu polecałam W księżycową, jasną noc, jako jedną z najlepszych książek tego pisarza i jedną z najlepszych książek na temat bezsensu wojny. Dziś przeczytawszy ją po raz kolejny zastanawiam się, dlaczego książka, która zachwycała mnie przed laty została teraz odebrana, jako pozycja co prawda nie najgorsza, ale żadne takie tam; najlepsza, wnikliwa, dogłębna. Nie sugeruję się opiniami innych, (zresztą większość znalezionych w internecie opinii jest dość entuzjastyczna), więc dlaczego.
Książka dotyczy autentycznych przeżyć pisarza podczas II wojny światowej. W 1944 roku w Ardenach, tuż przed świętami Bożego Narodzenia Will Knott (czyli William Wharton, a raczej Albert du Aime) wraz z pięcioma żołnierzami, zostaje wysłany przez trzęsącego portkami dowódcę Love`a na zwiad. Jakie jest zadanie zwiadowców – tego nie wie nikt. Mają spenetrować teren, zorientować się, czy opuszczony pałac jest rzeczywiście opuszczony i pojmać języka. W jakim celu? No chyba jedynie takim, aby ich zwierzchnik mógł się wykazać przed dowództwem. Sześciu nieprzeciętnie zdolnych, młodych ludzi (o IQ ponad 120) usiłuje przeżyć. Ratując się od uporczywych myśli o koszmarze wojny wykorzystują każdą wolną chwilę na to, aby zapomnieć, gdzie się znajdują; czytają książki (ku zgrozie dzisiejszych bibliofilii dzielą jeden egzemplarz na części tak, aby mogli czytać jednocześnie), rozgrywają brydżowe rozdania bez użycia kart, rysują na kawałkach kartonu, wymyślają słowne łamigłówki oraz grają na skrzypcach. Nie są to zajęcia, jakich można by się spodziewać po żołnierzach, których codzienność stanowią paro-godzinne warty w zimnych, błotnistych okopach. Oddział Willa natyka się na oddział żołnierzy niemieckich, który podobnie jak oni ma już dość działań wojennych, bezsensownego zabijania, strachu, zamierza się poddać. Pertraktacje pokojowe toczą się z towarzyszeniem bitwy na śnieżki, śpiewu kolęd oraz wymiany podarków bożonarodzeniowych. Zakończenie nie ma jednak nic wspólnego z idylliczną atmosferą świąt.
W księżycową, jasną noc to prostymi słowami napisana opowieść o bezsensie wojny, o utracie najcenniejszych jednostek, o tragedii tysięcy młodych ludzi posyłanych na pewną i okrutną śmierć w imię czyichś aspiracji, w wyniku czyjeś nieudolności, w splocie okrutnych pomyłek losu.
Czyta się szybko i mimo ciężkiego tematu dość dobrze. Język Whartona jest jak zwykle prosty, momentami dosadny, a nawet kolokwialny, co przy powieści o wojnie nawet nie razi. Jeśli razi to może to uporczywe w wydaniu pisarza powracanie do spraw fizjologii. Kto czytał Tatę, Wieści czy którąkolwiek z jego książek wie o czym piszę. Temat ważny i ważki, ciekawa historia, jest dramatyzm, ale wszystko razem wydaje mi się takie trochę powierzchowne. W książce autor nawiązuje do czytanej przez bohaterów książki Na zachodzie bez zmian Remarque. No właśnie, moim zdaniem książka traci najwięcej poprzez porównanie z tym autorem. Temat podobny, a sposób przedstawienia zupełnie inny. Wharton i Remarque piszą to samo, ale innymi słowami, piszą o tym samym, ale piszą inaczej. U Whartona zabrakło mi głębi, jaką odnalazłam u Remarque.
Przemyślenia nieprzeciętnie inteligentnych bohaterów powieści są bardzo proste:
"Tu nic nie ma sensu. Jak można dopatrywać się sensu w czymś, co jest z gruntu bezsensowne- jak na przykład wojna?"
"Błagam Cię, Boże, daj mi przez to wszystko przebrnąć tak, żebym się za bardzo nie zeszmacił".
''Kiedy to piekło się skończy''.
Może właśnie urok książki polega na jej prostocie.
Nie napiszę, że jest to kiepska książka, ale mój zachwyt w stosunku do niej znacznie ochłódł. Jeszcze nie tak dawno temu gotowa byłam kruszyć kopie z każdym, kto źle wyraził by się o książkach Whartona, jeszcze nie tak dawno temu polecałam W księżycową, jasną noc, jako jedną z najlepszych książek tego pisarza i jedną z najlepszych książek na temat bezsensu wojny. Dziś przeczytawszy ją po raz kolejny zastanawiam się, dlaczego książka, która zachwycała mnie przed laty została teraz odebrana, jako pozycja co prawda nie najgorsza, ale żadne takie tam; najlepsza, wnikliwa, dogłębna. Nie sugeruję się opiniami innych, (zresztą większość znalezionych w internecie opinii jest dość entuzjastyczna), więc dlaczego.
Książka dotyczy autentycznych przeżyć pisarza podczas II wojny światowej. W 1944 roku w Ardenach, tuż przed świętami Bożego Narodzenia Will Knott (czyli William Wharton, a raczej Albert du Aime) wraz z pięcioma żołnierzami, zostaje wysłany przez trzęsącego portkami dowódcę Love`a na zwiad. Jakie jest zadanie zwiadowców – tego nie wie nikt. Mają spenetrować teren, zorientować się, czy opuszczony pałac jest rzeczywiście opuszczony i pojmać języka. W jakim celu? No chyba jedynie takim, aby ich zwierzchnik mógł się wykazać przed dowództwem. Sześciu nieprzeciętnie zdolnych, młodych ludzi (o IQ ponad 120) usiłuje przeżyć. Ratując się od uporczywych myśli o koszmarze wojny wykorzystują każdą wolną chwilę na to, aby zapomnieć, gdzie się znajdują; czytają książki (ku zgrozie dzisiejszych bibliofilii dzielą jeden egzemplarz na części tak, aby mogli czytać jednocześnie), rozgrywają brydżowe rozdania bez użycia kart, rysują na kawałkach kartonu, wymyślają słowne łamigłówki oraz grają na skrzypcach. Nie są to zajęcia, jakich można by się spodziewać po żołnierzach, których codzienność stanowią paro-godzinne warty w zimnych, błotnistych okopach. Oddział Willa natyka się na oddział żołnierzy niemieckich, który podobnie jak oni ma już dość działań wojennych, bezsensownego zabijania, strachu, zamierza się poddać. Pertraktacje pokojowe toczą się z towarzyszeniem bitwy na śnieżki, śpiewu kolęd oraz wymiany podarków bożonarodzeniowych. Zakończenie nie ma jednak nic wspólnego z idylliczną atmosferą świąt.
W księżycową, jasną noc to prostymi słowami napisana opowieść o bezsensie wojny, o utracie najcenniejszych jednostek, o tragedii tysięcy młodych ludzi posyłanych na pewną i okrutną śmierć w imię czyichś aspiracji, w wyniku czyjeś nieudolności, w splocie okrutnych pomyłek losu.
Czyta się szybko i mimo ciężkiego tematu dość dobrze. Język Whartona jest jak zwykle prosty, momentami dosadny, a nawet kolokwialny, co przy powieści o wojnie nawet nie razi. Jeśli razi to może to uporczywe w wydaniu pisarza powracanie do spraw fizjologii. Kto czytał Tatę, Wieści czy którąkolwiek z jego książek wie o czym piszę. Temat ważny i ważki, ciekawa historia, jest dramatyzm, ale wszystko razem wydaje mi się takie trochę powierzchowne. W książce autor nawiązuje do czytanej przez bohaterów książki Na zachodzie bez zmian Remarque. No właśnie, moim zdaniem książka traci najwięcej poprzez porównanie z tym autorem. Temat podobny, a sposób przedstawienia zupełnie inny. Wharton i Remarque piszą to samo, ale innymi słowami, piszą o tym samym, ale piszą inaczej. U Whartona zabrakło mi głębi, jaką odnalazłam u Remarque.
Przemyślenia nieprzeciętnie inteligentnych bohaterów powieści są bardzo proste:
"Tu nic nie ma sensu. Jak można dopatrywać się sensu w czymś, co jest z gruntu bezsensowne- jak na przykład wojna?"
"Błagam Cię, Boże, daj mi przez to wszystko przebrnąć tak, żebym się za bardzo nie zeszmacił".
''Kiedy to piekło się skończy''.
Może właśnie urok książki polega na jej prostocie.
Szósta klepka - Małgorzata Musierowicz
Od dawna już zbierałam się w sobie, aby przeczytać Jeżycjadę, jako nastolatka poznałam pięć pierwszych tomów, a później... urosłam i zapomniałam o tej serii.
Wspaniale, och wspaniale było się znowu znaleźć na ulicy Sienkiewicza w Poznaniu i zajrzeć do domu z żółtą wieżyczką, gdzie mieszka rodzina Żaków.
Zdziwiłam się, że wiele szczegółów nadal pamiętam, musiałam tylko zdmuchnąć z nich kurz, a one na nowo wywoływały u mnie rechotanie.
Rodzina Żaków jest bardzo malownicza. Tata, zwany Żaczkiem, ze swoimi życiowymi, często filozoficznymi, mądrościami. Mama o duszy artystki, powodująca u mnie nieco nerwowy chichot, bowiem beztrosko traktuje życie i swe obowiązki, nie za bardzo wie, ile ma pieniędzy w portfelu. Uroczy dziadek, czytający alfabetycznie klasyków, czasami wychodzący ze swojej skorupy, gdy na stole pojawia się boczek i kiełbasa lub rodzinne problemy wyższej rangi. Piękna Julia, przekonana o swojej wyjątkowości i podążająca, niczym matka, drogą sztuki. Bobcio mający przedziwne pomysły i bujną wyobraźnię, przyprawiający mnie o palpitacje serca. Wreszcie Cesia, zwana Cielęciną, widząca w lustrze tylko pospolitą twarz i grube łydki, prawa, obowiązkowa, kompulsywna. Jakże nie darzyć sympatią taką rodzinkę?
Cudnie było powrócić do czasów, kiedy nie było komputera, telefonów komórkowych, telewizomanii, plan tygodnia układało się według wolnych sobót, w kioskach królował krem do golenia Pollena, a długie kolejki w aptece ustawiały się po watę.
W grudniowym, odrobinę przedświątecznym już, nastroju, szczególnie upodobałam sobie fragmenty, kiedy rodzina Żaków przygotowywała się do Świąt Bożego Narodzenia. Ta przedświąteczna panika mamy Żakowej i akcja z kręceniem maku! Pamiętacie? I to noszenie żywych karpi w cieknących reklamówkach!
Już prawie czterdzieści lat książka jest kochana przez młodych czytelników i przez starszych, takich jak ja, również. Lektura uniwersalna, która pokazuje, jak ważna jest rodzina i przyjaźń. Cieszę się, że w kolejnych tomach gdzieś tam jeszcze się przewinie Cesia i jej wzdychulec Jerzy Hajduk.
A teraz zabieram się za lekturę „Kłamczuchy”.
Li i jedynie.
Małgorzata Musierowicz, Szósta klepka, Wydawnictwo AKAPIT PRESS, Łódź 2010, s. 188.
wtorek, 4 grudnia 2012
Bo okazana dobroć zawsze do nas wraca ;)
Recenzja z września br.
***
„Samotny człowiek jest jak skrawek materiału, który szuka odpowiadającego mu wzoru…”*
Każdego
dnia jakaś ilość osób robi coś dobrego dla innych. I nie chodzi tu o
wielkie czyny, ale o takie drobiazgi jak przepuszczenie w drzwiach czy w
kolejce do kasy. O zrobienie zakupów sąsiadce czy podarowanie jakiegoś
drobiazgu komuś bliskiemu. Mała rzecz, a cieszy. Nie dość, że sprawia
radość to jeszcze wywołuje chęć wykonania czegoś dobrego dla innych
przez tych, których my obdarzyliśmy dobrem. Może trudno w to uwierzyć,
ale właśnie dołączyłeś do czegoś co sprawia, że świat staje się lepszy…
Emma,
Jamie i Sarah są właścicielkami swoich sklepów, a zarazem najlepszymi
przyjaciółkami. Pewnego dnia mimo swoich mniejszych lub większych trosk
postanawiają rozpocząć kampanię „Miej serce”. Celem tejże inicjatywy
jest przekonanie mieszkańców miasteczka by czynili dobre uczynki. One
same bardzo się w to wczuwają i dają z siebie ile mogą by pokazać innym,
że wcale nie jest to takie trudne i czasochłonne. Czasem jednak dobre
chęci nie wystarczają i ich działania sprawiają im samym pewne problemy.
Jaki będzie finał akcji i jak ona wpłynie nasze bohaterki? Tego już wam
nie zdradzę…
Ciepła
zimowa okładka, miły dla oka tytuł i kusząca nota wydawcy obiecująca
relaksującą powieść. Jak tu się oprzeć gdy jest się tak kuszonym? No ja
nie mogłam się powstrzymać i po przeczytaniu ostatniego zdanie
stwierdziłam, że był to mój najlepszy wybór od dłuższego czasu dotyczący
powieści tego typu. No ale zacznijmy od początku. Gdy zabierałam się
zaczytanie „Uliczki aniołów” nie sądziłam, że dam się tak zatracić
powieści. Nie podejrzewałam nawet, że książka którą uważałam za lekkie
czytadło sprawi, że będę zarywać noce aby tylko poznać zakończenie.
Zostałam oczarowana i urok ten trwa po dziś dzień. To nie jest powieść o
czymś nie zwykłym i niewiarygodnym. To jest obyczajówka o zwykłym życiu
zwykłych ludzi zmagających się z troskami i radościami życia
codziennego. Prawdę mówiąc nie to mnie jednak w tej powieści urzekło.
Najnowsza powieść Sheili Roberts przyciąga dobrem z niej wypływającym i
ciepłem takim jak płynie z kominka palonego w długie zimowe wieczory.
„Uliczki aniołów” nie sposób przerwać. Dzieje się tak z dwóch powodów.
Pierwszym jest fabuła, a drugi to sposób w jaki kończą się rozdziały –
są jakby przerwane w połowie słowa. Jedno i drugie powoduje iż czytelnik
bez opamiętania przewraca kolejne kartki, a gdy już musi oderwać się od
śledzenia losów bohaterów robi to z wielkim żalem.
Sheila
Roberts stworzyła powieść, która jest rewelacyjna. Postacie są
rozbudowane, jakby prawdziwe, dzięki nim czytelnik odnosi wrażenie iż
mieszka tam gdzie trzy przyjaciółki i cała reszta. Każda z nich trochę
już przeżyła i dużo widziała, ale mimo tego co przeszła potrafi czerpać z
życia to co najlepsze. I jeszcze fabuła, o której nie wypada nie
wspomnieć. Jest bowiem ważna jeśli nie najważniejsza - sprawia, że
zatracamy się w świecie stworzonym przez autorkę i nie chcemy z niego
zniknąć. Powieść jest napisana lekko i z humorem, nie raz jakieś scenki
czy dialogi między bohaterami wywoływały ataki śmiechu. Gdzieś między
wierszami, a nawet otwarcie były poruszane tematy trudne i emocjonujące,
które wzruszały i powodowały chwilę zadumy. Ciekawym dodatkiem są
przepisy, smakołyki, pyszności pojawiających się w trakcie czytania.
„Uliczka
aniołów” może wydawać się zwyczajnym czytadłem, ale takim nie jest.
Jest za to opowieścią, dodajmy, że bardzo wciągającą o codzienności, o
problemach i radościach. O przyjaźni i miłości. To książka warta
poświęconego jej czasu, z pewnością nie raz do niej będę powracać.
Polecam!
*str. 55
Autor: Sheila Roberts
Tytuł: Uliczka aniołów
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: lipiec 2012
Liczba stron: 368
Agata Christie - Morderstwo w Boże Narodzenie
Autor: Agata Christie
Ilość stron: 211
Wydawnictwo: Hachette
Kategoria: kryminał
To dopiero moje drugie spotkanie z twórczością pani Agaty Christie. Pierwsze było niezbyt udane, bo szybko domyśliłam się rozwiązania zagadki, ale w tym wypadku było inaczej.
Simeon Lee to zgryźliwy starszy pan, który ma duży majątek i nie jest zbytnio lubiany. Ma wielu synów, lecz tylko Alfred wraz ze swoją żoną Lydią mieszkają razem z nim.Najchętniej jednak przenieśli by się w inne miejsce. Kolejnym synem jest Harry, David, który ożenił się z Hildą, George, który znalazł sobie dużo młodszą żonę Magdalenę. To oni wchodzą w skład tej rodziny. Pojawia się jeszcze siostrzenica Pilar.
Simeon zaprosił wszystkie swoje dzieci na Święta Bożego Narodzenia.Rodzina myślała, że staruszek chce ich zobaczyć, pogodzić się z nimi, odnowić kontakty, ale ma on inny plan.
Nagle Simeon Lee zostaje zamordowany we własnym pokoju. Zaczyna się śledztwo gdzie właściwie każdy jest podejrzany... Kto dopuścił się tej zbrodni?
Gdy zaczynałam czytać, czułam się rozczarowana, bo zaczyna się bardzo, bardzo nudno, nic się nie działo i zastanawiałam się czy sobie nie darować czytania. Akcja jednak stopniowo się rozkręca, a po morderstwie Simeona nie mogłam się oderwać.
Bardzo nie lubię przewidywalności z kryminałach. Ta książka taka właśnie mi się wydawała, ale bardzo się myliłam, bo wszystko o czym myślałam myślałam było nieprawdziwe, osoba, którą obstawiałam jako zabójcę okazała się kimś zupełnie innym. Dodatkowo autorka zaskakuje nas wieloma tajemnicami i zagadkami, których ja bym się nigdy nie domyśliła.
Gdy akcja nabrała tempa nie mogłam się oderwać. Autorka wprowadza mnóstwo fałszywych tropów i rozwiązanie zagadki nie jest łatwym zadaniem. Wszystko jest takie zawikłane.
Tak naprawdę zabójstwa mógł się dopuścić każdy, bo starszy pan nie był zbyt lubiany i wielu osobom ulżyło by po jego śmierci.
Sprawę tego morderstwa prowadzi Herkules Poirot. Pierwszy raz się z nim dopiero spotkałam w tej książce, ale już go polubiłam. Łączy maleńkie elementy w spójną całość i rozwiązuje zagadki oraz odkrywa tajemnice rodzinne.
Książka w klimacie świątecznym. Może o świętach nie jest tu dużo, ale gdzieś tam w tle jest to obecne, ale kto by się tym zajmował gdy do rozwiązania jest ważna i trudna zagadka?
Gdyby nie ten nudny początek, książka byłaby idealna.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Uliczka aniołów - Sheila Roberts
Książką "Strajk na Boże Narodzenie" tej samej autorki kończyłam w tym roku wyzwanie "Znalezione pod choinką" , tak się złożyło, że kolejną edycję rozpocznę także właśnie z nią :)
To idealna opowieść na świąteczny okres. Wiemy, że trochę 'przesłodzona', że wszystko dobrze się skończy, ale przecież nie przeszkodzi nam to rozgrzać się jej ciepłem w ten zimowy i zimny czas.
Trzy główne bohaterki - rozwiedziona Jamie, prowadząca sklepik z czekoladą, jej ciotka Sarah, właścicielka piekarnio-cukierni, której dzieci i wnuki wyfrunęły ostatecznie z gniazda oraz najmłodsza z nich Emma, posiadająca sklep z materiałami do szycia patchworków oraz kota-nicponia i łobuza - mieszkają w małym uroczym amerykańskim miasteczku. Ponieważ zauważają jednak, że powoli klimat wzajemnej uprzejmości i życzliwości ulega zanikowi, postanawiają temu zapobiec wymyślając wielką akcję - "Miej serce". Akcja nie jest trudna - wystarczy każdego dnia uczynić jeden dobry uczynek - może nim być cokolwiek - ustąpienie pieszemu, podarowanie ciastek sąsiadowi, pomoc w zapakowaniu zakupów. Kulminacja kampanii ma nastąpić w Boże Narodzenie, jako że pomysłodawczynie uznały, że w okresie przedświątecznym najłatwiej zbudzić ludzkie serca.
Na drugim tle rozgrywają się prywatne sprawy bohaterek. Jamie, mocno poraniona psychicznie przez byłego męża policjanta ma problem z ponownym zaufaniem mężczyźnie, tym bardziej, że ten, który pojawił się na horyzoncie też jest przedstawicielem władzy. Emma - romantyczka, uwielbiająca stare filmy, wciąż czeka na swojego księcia; tymczasem być może będzie zmuszona zamknąć sklep, który jest realizacją jej marzeń. Najśmieszniejsze są perypetie Sarah, babci, która przez warsztaty pieczenia ciasteczek próbuje zapełnić pustkę po wyjeździe wnuczek; Sarah ma też inny problem - mąż cieszy się z 'wolnej' wreszcie 'chaty', gdy tymczasem za płotem wyrasta nagle konkurent ;)
Ale o tym, jak potoczą się losy tych trzech sympatycznych bardzo kobiet oraz czy akcję "Miej serce" będzie można zaliczyć do udanych, musicie przekonać się sami, sięgając po książkę.
A ponieważ przy czytaniu, w wielu momentach przełykałam ślinę (sklepik z czekoladą, warsztaty pieczenia ciasteczek, piekarnio-cukiernia - mam dodać coś jeszcze? :) ), dodaję książkę również do wyzwania "Palce lizać" (tam, przy recenzji pojawi się także wykaz przepisów).
Agatha Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie"
Zaczął się grudzień, podobno na dniach ma spaść kilka milimetrów śniegu, w telewizyjnych reklamach coraz więcej Mikołajów się pojawia - znak, że coraz bliżej święta Bożego Narodzenia. A skoro już za trzy tygodnie w naszych domach pojawią się choinki i prezenty, zapachną pierniczki i makowce, a kolejne setki pechowych karpi dadzą głowę pod ... (tu wpisać odpowiednie narzędzie, jako, że sposobów pozbawiania życia wigilijnej ryby jest wiele) to czas przyszedł także na świąteczną lekturę.
W moim wypadku bardzo krwawą...
Do rodzinnego domu, na kilka świątecznych dni zjeżdżają się członkowie rodziny Lee. Przybywają na zaproszenie Simeona, seniora rodu. Starszy pan, mocno już schorowany, mieszka wraz z najstarszym synem Alfredem i jego żoną Lydią w ogromnej wiejskiej rezydencji i nie ruszając się ze swojego pokoju żelazną ręką rządzi swoimi potomkami, którzy, chociaż dawno dorośli, założyli rodziny i żyją z dala od ojca nie są w stanie wyrwać się spod jego presji. Na dzień przed świętami pojawiają się więc w Gorston Hall:
- George Lee, miejscowy polityk i poseł do parlamentu wraz z żoną Magdaleną;
- malarz David Lee i jego żona Hilda;
- Harry Lee, rodzinna "czarna owca", który wiele lat temu zmuszony był uciekać za granicę;
- Pilar Estravados, jedyna wnuczka Simeona, na stałe mieszkająca w Hiszpanii.
Do rodzinnego grona dołącza jeszcze jeden niespodziewany gość - Stephen Farr, syn przyjaciela pana Lee, z czasów, kiedy przebywał w Afryce Południowej.
Szybko okazuje się, że nie będą to zbyt radosne święta - rodzeństwo nie przepada za sobą a ojciec stara się ich skłócić jeszcze bardziej, więc nic dziwnego, że atmosfera jest napięta i grozi wybuchem. Nikt jednak nie przypuszczał, że prawdziwe emocje zgotuje rodzinie wigilijny wieczór, kiedy po kolacji domem wstrząsnął potężny hałas, połączony z przeraźliwym krzykiem dobiegający z pokoju ojca. Kiedy udało się wreszcie sforsować zamknięte od środka drzwi oczom przerażonej rodziny ukazał się makabryczny widok - na środku pokoju, w kałuży krwi leżał zamordowany Simeon Lee.
Kto zabił starszego pana a potem nieudolnie próbował upozorować samobójstwo? Jakie tajemnice kryją w sobie najbliżsi zamordowanego? Czy inspektor Sugden, chociaż niewątpliwie bystry i logicznie myślący miejscowy stróż prawa da sobie sam radę z rozwiązaniem tej, zdawałoby się nierozwiązywalnej, sprawy? Na to ostatnie pytanie niestety nie otrzymamy odpowiedzi, gdyż w okolicy bawi przypadkiem słynny belgijski detektyw Hercules Poirot, który zgadza się pomóc w wytropieniu mordercy.
Kolejny kryminał Agathy Christie, który przeczytałam i kolejny, którego rozwiązanie zupełnie mnie zaskoczyło... Po raz kolejny niemal wszystkie osoby z otoczenia denata miały motyw, aby pomóc mu zejść z tego świata, po raz kolejny wszyscy mieli alibi, ale jak się później okazuje dosyć łatwo było je obalić, i po raz kolejny prawie wszyscy kłamią, lub zatajają część prawdy - ale od czegóż genialny umysł wielkiego Herculesa - wyłapuje wszelkie nieścisłości, z pojedynczych, zdawałoby się całkowicie nieistotnych wypowiedzi wyciąga genialne wnioski i spokojnie czeka na odpowiedni moment aby wyjawić zaskoczonej publiczności personalia mordercy.
Książka w pewien sposób przypomina "Morderstwo w Orient Expressie" (każdy mógł być zabójcą, brak możliwości udziału osób z zewnątrz, wzajemne dawanie sobie alibi) aczkolwiek fabuła jest oryginalna i pomysłowa. Od innych znanych mi powieści Królowej Kryminału odróżnia tę książkę jeszcze i to, że po raz pierwszy (a znam już trochę książek tej autorki) zbrodnia jest tak dosłowna i mało finezyjna - to nie był tajemniczy zgon z niewyjaśnionych przyczyn, coś co mogło uchodzić za nieszczęśliwy wypadek. Od początku wszystko jest jasne - ktoś poderżnął staruszkowi gardło i nie ma żadnych wątpliwości co do klasyfikacji czynu. Ale znalezienie sprawcy to już całkiem inna historia...
Serdecznie polecam lekturę "Morderstwa w Boże Narodzenie", chociaż może już po świętach. Bo, jak nie daj Boże, za bardzo się wczujecie w lekturę to różnie to może być z tymi świętami w rodzinnym gronie...
Kto zabił starszego pana a potem nieudolnie próbował upozorować samobójstwo? Jakie tajemnice kryją w sobie najbliżsi zamordowanego? Czy inspektor Sugden, chociaż niewątpliwie bystry i logicznie myślący miejscowy stróż prawa da sobie sam radę z rozwiązaniem tej, zdawałoby się nierozwiązywalnej, sprawy? Na to ostatnie pytanie niestety nie otrzymamy odpowiedzi, gdyż w okolicy bawi przypadkiem słynny belgijski detektyw Hercules Poirot, który zgadza się pomóc w wytropieniu mordercy.
Kolejny kryminał Agathy Christie, który przeczytałam i kolejny, którego rozwiązanie zupełnie mnie zaskoczyło... Po raz kolejny niemal wszystkie osoby z otoczenia denata miały motyw, aby pomóc mu zejść z tego świata, po raz kolejny wszyscy mieli alibi, ale jak się później okazuje dosyć łatwo było je obalić, i po raz kolejny prawie wszyscy kłamią, lub zatajają część prawdy - ale od czegóż genialny umysł wielkiego Herculesa - wyłapuje wszelkie nieścisłości, z pojedynczych, zdawałoby się całkowicie nieistotnych wypowiedzi wyciąga genialne wnioski i spokojnie czeka na odpowiedni moment aby wyjawić zaskoczonej publiczności personalia mordercy.
Książka w pewien sposób przypomina "Morderstwo w Orient Expressie" (każdy mógł być zabójcą, brak możliwości udziału osób z zewnątrz, wzajemne dawanie sobie alibi) aczkolwiek fabuła jest oryginalna i pomysłowa. Od innych znanych mi powieści Królowej Kryminału odróżnia tę książkę jeszcze i to, że po raz pierwszy (a znam już trochę książek tej autorki) zbrodnia jest tak dosłowna i mało finezyjna - to nie był tajemniczy zgon z niewyjaśnionych przyczyn, coś co mogło uchodzić za nieszczęśliwy wypadek. Od początku wszystko jest jasne - ktoś poderżnął staruszkowi gardło i nie ma żadnych wątpliwości co do klasyfikacji czynu. Ale znalezienie sprawcy to już całkiem inna historia...
Serdecznie polecam lekturę "Morderstwa w Boże Narodzenie", chociaż może już po świętach. Bo, jak nie daj Boże, za bardzo się wczujecie w lekturę to różnie to może być z tymi świętami w rodzinnym gronie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)