czwartek, 8 grudnia 2011

Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie

Moja ostatnia wizyta w antykwariacie zakończyła się zakupem tej oto książeczki : 


Prawdziwie szczęśliwy traf, bo ostatnio poszukiwałam czegoś o bożonarodzeniowej tematyce. " Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie " Lucy Maud Montgomery to ( jak tytuł wskazuje ) szesnaście opowiadań autorki. Dwa z nich pewnie znacie, bo pochodzą z " Ani Zielonego Wzgórza " i " Ani z Szumiących Topoli ", pozostałe czternaście to bliżej nieznane, pewnie nie tylko mnie, opowiadania zamawiane u autorki i publikowane przez kandyjskie czasopisma na przełomie 19-go i 20-go wieku.

Nie będę ukrywać, że najlepsze są właśnie opowiadania pochodzące z książek o Ani. Przyznam się szczerze, że dawno już do Ani nie wracałam ( pewnie kilka lat ), ale teraz mam wielką na to ochotę. Myślę, że nadchodzące święta będą doskonałą okazją, by odwiedzić Zielone Wzgórze. Pamiętacie, jak Ania marzyła o sukience z bufiastymi rękawami ? A jakie katorgi w sklepie przechodził nieśmiały Mateusz chcąc Ani kupić wspomnianą sukienkę ? Ja o tym pamiętałam, ale ZAPOMNIAŁAM, że Ania dostała ją w wigilijny poranek, a wieczorem wystąpiła w niej na uroczystym koncercie.

" Poranek wigilijny zastał świat w białej, cudnej szacie. Grudzień był bardzo łagodny i oczekiwano gwiazdki zielonej. Tymczasem w nocy spadł śnieg, który wystarczył, by całkowicie przeobrazić Avonlea. Ania zachwyconym wzrokiem patrzyła wokoło przez zamarznięte okno swego pokoiku. Sosny w Lesie Duchów stały cudne niby białe pióropusze; brzozy i dzikie wiśnie osypane były perłowym szronem; na zaoranym polach bruzdy pokryły się śniegiem. Powietrze, czyste i chłodne, sprawiało rozkosz. Ania zbiegła ze schodów, śpiewając wesoło, aż głos jej rozległ się po całym Zielonym Wzgórzu. "

"- Nie wiem, czy będę mogła jeść śniadanie- rzekła uszczęśliwiona Ania. - W tak niezwykłej chwili śniadanie wydaje się rzeczą zbyt prozaiczną. Wolę nasycić mój wzrok tą sukienką. Cieszę się tak bardzo, że bufiaste rękawy są jeszcze modne. Czuję, że nie potrafiłabym przeżyć tego, gdyby wyszły z mody, zanim doczekałabym się sukni z takimi rękawami. Nie umiałabym być zupełnie zadowolona."
- nie tęsknicie za podobnymi zdaniami wygłaszanymi przez Anię ? Ja się stęskniłam.

Drugie opowiadanie pochodzące z " Ani z Szumiących Topoli " opowiada o wizycie na Zielonym Wzgórzu Julianny Brooke ( niesympatycznej nauczycielki, z którą Ania pracowała w szkole ).

" Ania już jaśniała świąteczną radością. Zaczęła jaśnieć dokładnie w momencie, gdy pociąg ruszył ze stacji. Zostawiała za sobą ponure ulice, jechała do domu, do domu na Zielone Wzgórze. "

"- Na tej drodze jest takie jedno miejsce, w którym nagle czuję, że jestem w domu - powiedziała Ania. - O, tam, na szczycie następnego pagórka, skąd widać światła Zielonego Wzgórza. Marzę o kolacji, którą przygotowała dla nas Maryla. Już tu czuję, jak pachnie. Och, jak dobrze być znowu w domu !"

Czar Ani i Zielonego Wzgórza sprawił, że Julianna Brooke wydobyła się ze swojej brzydkiej, oschłej skorupy : " Inaczej patrzę na świat - myślała Julianna zasypiając. - Nie miałam pojęcia, że istnieją tacy ludzie."


Pozostałe opowiadania, choć do wspomnianych dwóch im sporo brakuje, mają swój staroświecki urok. Nawet ich namolne morały, od których już zdążyliśmy się odzwyczaić ( już nie pisze się tak dla dzieci ) bardzo nie rażą. Najbardziej spodobał mi się " Świąteczny koszyk ciotki Cyryli ". Opowiadanie, o tym jak tytułowy koszyk, a raczej jego smakowita zawartość sprawiła, że pasażerowie pociągu, który utknął w śnieżnych zaspach, mogli prawdziwie świątecznie spędzić Boże Narodzenie.

I takie to właśnie są opowieści. O Bożym Narodzeniu i jego wielkiej mocy : do zażegnywania konfliktów i sporów, do wydobywania z ludzi wszystkiego, co najlepsze. O świętach, jako okazji do robienia dobrych uczynków. Historie mniejszych i większych cudów. Wszak wszystko musi się dobrze skończyć, prawda ? Z sympatii dla Ani i kierując się duchem nadchodzących świąt - powiem tylko tyle, że miło się tę książkę czytało.  Było staroświecko, sentymentalnie, ale miło. I za Anią zatęskniło mi się przy okazji. Troszkę. ( No dobrze, bardziej niż troszkę.)

Recenzję opublikowałam wcześniej na moim blogu Morze książek . Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych dni zamieszczę w "Znalezione pod choinką " kolejnego świątecznego posta - pomysł już jest.


Lucy Maud Montgomery, Święta z Anią i inne opowiadania na Boże Narodzenie, Galaktyka, 1996, s. 208

środa, 7 grudnia 2011

Kevin sam w domu

Rodzina McCallisterów na Święta Bożego Narodzenia wyjeżdża do Francji. Rodzinka prawie spóźniła się na samolot, w wyniku całego zamieszania zapomnieli o 8-letnim Kevinie. Od tej pory musi sobie sam radzić w domu. Dwóch złodziei już czyha, żeby okraść dom państwa McCallisterów. Jednak nie wiedzą o tym, że ktoś został w domu. Kevin bawiąc się w dorosłego zastawia na nich pułapki.

Któż z nas nie zna Kevina McCallistera? Gdy wczoraj w mojej klasie rozeszła się fama o tym, że Polsat puszcza o 20:00 słynnego Kevina każdy chwycił za telefon, by ustawić sobie przypomnienie. I prawdę mówiąc, nie dziwię im się - sama go uwielbiam i oglądam przy każdej świątecznej okazji.
Mimo że film widziałam kilkanaście razy, zawsze tak samo się z niego śmieję. Śmieję się gdy Kevin robi zakupy, gdy ucieka przed starszym panem ze sklepu, gdy udaje mu sie wykiwać dwójkę sprytnych złodziejaszków. Najgłośniej się śmiałam przy scenie, w której Kevin straszy gościa od pizzy, że nafaszeruje go ołowiem. Tak, ten film jest niesamowicie optymistyczny.
W filmie są także momenty ściskające za serce. Piękna dla mnie jest scena , w której starszy pan Marley godzi się z synem i ściska w ramionach wnuczkę. Także moment, w którym w drzwiach staje cała rozgadana rodzina McCallisterów jest świetny. Kevin odzyskuje to czego tak bardzo nie chciał dwa dni wcześniej. Tą odzyskaną rzeczą jest rodzina.
Uwielbiam postacie złodziejaszków - Harry'ego i Marva. Oboje są fantastycznie wykreowani i nie wyobrażam sobie, by ktoś zupełnie inny miał się pojawić w tych rolach. Oni są jedyni, oni także stanowią klimat tych świąt.
Lubię oglądać ten film ze względu na jego prawdziwie świąteczno-zimowy klimat oraz z e względu na jakąś taką samoustaloną tradycję. Nie wyobrażam sobie okresu Gwiazdkowego bez Kevina.
Ja tradycję oglądania Kevina uczciłam, a Wy? ;)

wtorek, 6 grudnia 2011

John Grisham, Ominąć święta

Czym są święta? Czy zagubiły się w gąszczu przygotowań i kiczu...? Czy stają się ogromem pracy i sprzątania? Pozwólmy sobie na chwilę uśmiechu, zobaczmy jak wygląda gwiazdka w USA.
Miejsce trzecie oddaję Johnowi Grishamowi, który napisał lekką i przezabawną książeczkę o tym, że święta są w nas i próba ucieczki przed nimi raczej kończy się fiaskiem.
Główni bohaterowie to małżeństwo, dla którego tegoroczne święta jawią się jako konieczność wydawania wielkich pieniędzy, mnogość ciężkiej pracy i kicz:
Na poprzednie Boże Narodzenie rodzina Lutra Kranka wydała sześć tysięcy sto dolarów. Sześć tysięcy sto dolarów! Sześć tysięcy sto dolarów na ozdóbki, lampki, kwiaty, nowego Śniegurka i kanadyjski świerk. Sześć tysięcy sto dolarów na szynki, indyki, orzeszki, sery, serki i ciasteczka, których nikt nie jadł. Sześć tysięcy sto dolarów na keksy od strażaków, kalendarze od policjantów i żarówki od tych z pogotowia. Sześć tysięcy sto dolarów na kaszmirowy sweter, którego nie znosił, sportową marynarkę, którą miał na sobie tylko dwa razy, i portfel ze strusiej skórki, który był drogi, brzydki i nieprzyjemny w dotyku. Sześć tysięcy sto dolarów na sukienkę Nory, którą nosiła podczas świątecznej kolacji w firmie, na jej kaszmirowy sweter, który zniknął w szafie zaraz po rozpakowaniu, i na modny szalik, który tak uwielbiała. (…).
Sześć tysięcy sto dolarów! I co z tego zostało? Najwyżej jeden czy dwa użyteczne przedmioty, nic więcej.
Tak więc Krankowie postanawiają spędzić ten czas w tropikach. Pomysł ten nie jest niczym oryginalnym, ale dla sąsiadów to prawdziwy szok i powód do drwin. I tak oto bohaterowie staczają walkę sami ze sobą oraz z otoczeniem, które kładzie wielką presję na to, aby nie zmieniać stereotypu.
Grisham z dużym poczuciem humoru pokazuje nam, że choć święta (szczególnie w USA) to przede wszystkim kicz i świecidełka, to jednak wciąż przynoszą nam ciepło, bliskość i radość. Kto chciałby z tego rezygnować…?  Czy istnieje w ogóle możliwość wykasowania świąt na rzecz wakacji w ciepłych krajach? Ja bym nie próbowała.
„Ominąć święta” może śmieszyć, ale i skłonić do refleksji, bowiem tak często słyszy się, że Boże Narodzenie stało się plastikowe, kosztowne i… ciężkostrawne. A przecież tylko od nas zależy jak przeżyjemy ten czas i co zrobimy, by pamiętać o podstawowych wartościach.
Książka Grishama ma świetny, bożonarodzeniowy klimat, jest lekka i naprawdę rozbawiła mnie jako czytelnika. Aż dziw, że autor napisał coś takiego, w gąszczu powieści prawniczych i sensacyjnych. Ekranizacja pod głupim tytułem „Święta Last Minute”, moim zdaniem nie oddaje ducha powieści, więc polecam gorąco i świątecznie wpierw lekturę tej niewielkiej, ale pachnącej świętami książki.

www.ksiazkizbojeckie.blox.pl

Ho, ho, ho... mam świąteczne plany


Dziś już świętego Mikołaja, można więc przygotowywać się na Boże Narodzenie. Napiszę sobie może wstępne założenia, żeby wiadomo było czego się trzymać, albo co rozbudowywać. W tym roku na razie mam w planie cztery książki świąteczne:
  • „O ziemiańskim świętowaniu” Tomasza Adama Pruszaka, z której zamierzam dowiedzieć się co nieco na temat zwyczajów świątecznych Polaków żyjących w Dwudziestoleciu Międzywojennym,
  • mam też już „Balsam dla duszy na Boże Nadrodzenie”, który z całą pewnością się przyda
  • chcę też przeczytać w języku Shakespeare'a „Dashing through the snow” Mary Higgins Clark,
  • a Mikołaj przyniósł mojej mamie „Opowieści wigilijne”, więc też będę zaglądać.
Już są w zasięgu ręki również trzy filmy:
  • „Gospoda świąteczna” z 1942 roku z Fredem Asteire'em
  • „To wspaniałe życie” z 1946 roku z Jamesem Stewartem
  • i na koniec – no mam, co tu dużo mówić „Barbie idealne święta”, o tym filmie też napiszę, a co.
Mam nadzieję, że to plan wstępny, który samoistnie z pomocą przyjaciół i pań bibliotekarek będzie się rozrastał.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Artur Christmas

W sobotę wybrałam się z juniorami oraz ich ciocią do kina na "Artur ratuje Gwiazdkę". Nie na wersję 3D ponieważ moje pociechy a przede wszystkim ja nie mamy cierpliwości do niewymiarowych, często już podniszczonych, wymagających ciągłego poprawiania, spadających z nosa okularów 3D. I tu juz mi ten postęp techniczny nie pasuje. Nie pasuje mi też w konwencji mikołajowej. Jak to? To Mikołaj lata czymś co od sań przypomina bardziej Enterprise- statek kosmiczny rodem ze Star Trek? To Mikołaj ma do dyspozycji legion elfów, z których jedne wyszkolone są w bezśladowym dostarczaniu prezentów niczym najlepsze elitarne brygady specjalne a druga grupa obsługuje sprzęt komputerowy w bazie jakby żywcem ze sceny filmu Apollo 13 (pod katem ilości komputerów rzecz jasna)? To Mikołaj ma bazę na biegunie północnym, której nie powstydziłyby się najlepsze agencje szpiegowskie? Spojrzałam na moich chłopców - byli zachwyceni. Zachwyceni nowoczesnością, gadżetami, trybem kryjącym Mikołajowego pojazdu. No tak to chyba stracone pokolenie, pomyślałam ... Postęp cywilizacyjny ... tak, nie uciekniemy od niego, Ale gdzie tradycja, gdzie bożonarodzeniowe przesłanie, w tej zniewolonej przez tablety i iphony z nadajnikiem GPS (podstawowe wyposażenie elfów ;-)) wigilijnej nocy?
Pomyślcie sobie jeszcze, że na północy nie mieszka sam Mikołaj z elfami i reniferami, tudzież niedźwiedziami polarnymi. O nie. Mikołaj ma żonę, ojca, syna Steve'a i syna Artura. Cała Mikołajowa pokoleniowa rodzina. Ojciec Mikołaja sam niegdyś był tym Mikołajem jest obecnie dziadkiem Mikołajem spędzającym czas na oglądaniu telewizji a u jego boku wierny acz chorobliwie wyglądający renifer obecnie również na emeryturze. Funkcja Mikołaja jest więc dziedziczona. Mikołaj, który przechodzi na emeryturę przekazuje pałeczkę synowi. I oto mamy dwóch synów: Steve o sylwetce komandosa, świetny strategik, koordynator, dość surowy z wyglądu, dla którego liczy się tylko cel czyli sprawne przeprowadzenie akcji rozdania prezentów w wigilijną noc. Nieco łagodzi ten wizerunek fikuśna i hmm zabawna bródka Steve w kształcie ... świątecznej choinki.
Jest też drugi syn - Artur. Aż trudno uwierzyć, że to syn Mikołaja. Szczerze? Większej ofermy to dawno nie widziałam ;-) Zawsze wchodzi w to co nie powinien, zderza z tym co nie powinien, jest niezgrabny, fajtłapowaty, w dodatku uczulony na wszystko łącznie ze śniegiem. Chodzi w porozciąganym swetrze (moje marzenie) i świecąco grających świątecznych bamboszach. I pytam się co z tego? W końcu jak tytuł mówi: Artur ratuje Gwiazdkę ...
Czy jest tak super wszystko ekstra? Akcja wigilijna wspomagana komputerowo przebiega z zegarmistrzowską precyzją. Czyżby? Coś jednak się psuje, psuje się już podczas świątecznej kolacji w rodzinie mikołajowej. Widzimy starcie i przepychanki trzech pokoleń Mikołajów (Steve oczywiście uważa się za następcę Mikołaja), nawet w czasie zabawy w grę planszową wyrywają sobie pionek Mikołaja z rąk. Jakoś tak pomyślałam, że to nie przystoi Mikołajowej rodzinie. Więc wszyscy się kłócą oprócz stoickiej pani Mikołajowej i Artura. Bo Artur jest prostolinijny, dobroduszny, tak sympatyczny że, chciałoby się go uścisnąć. I to Artur jako jedyny przejmuje się, faktem, że jak się okazuje, jedno dziecko z wielomilionowej liczby dzieci nie otrzyma prezentu ... ponieważ jak to bywa w wielkiej korporacji, wśród zamieszania, jeden z prezentów nie dociera do pewnej dziewczynki lecz zostaje w bazie. Dla Steve'a to tylko "dopuszczalny margines błędu", Mikołaj przyznaje mu rację. A co robi Artur? Werbuje dziadka ex-Mikołaja, za jego namową czy też podstępem, wykradają stare sanie, w minutę tresują renifery, i przypominają wszystkim co to jest magiczny pył. Pojawia się też przesympatyczna postać Elfki Bryony, która uczestniczy w tej karkołomnej podróży. Bo przecież każde dziecko jest ważne. Zacytuję jednego z elfów: " Jak to jedno dziecko się nie liczy, co to jakaś antymateria?". Każde dziecko się liczy. Bez wyjątku. Ale do świtu zostały tylko dwie godziny. Mission impossible? Kibicowałam razem z moimi synami aby ta misja sie udała i choć Artur z dziadkiem i Bryony nieźle namieszali to .... ach musicie sami się dowiedzieć.
Bajka jest świetną propozycją dla wspólnego przedświątecznego wypadu do kina. Film jest mądry, dokładnie ukazuje te wartości, które powinny się dla nas liczyć. Wartka akcja nie pozwala się nawet na chwile nudzić. A dawka humoru to prawdziwa megaporcja.
Czy tak naprawdę chodzi o to, że nowoczesność przegrywa z tradycją czy odwrotnie? Chyba nie. Globalizacji nie unikniemy, postępu technicznego też. Ale tylko ten wygrywa w tym wszystkim, kto jednak dostrzega innych jak wartą uwagi jednostkę, kto szanuje innych. To też kolejna bajka, która pokazuje, że trzeba wierzyć w swoje siły, a to jest dla mnie i moich pociech bardzo ważne ... Póki co, nie chcą oni wysyłać listu do świętego Mikołaja za pomocą smsa czy maila ;-)
Poniżej zwiastun ale nie ten z polskim dubbingiem (przyznaję, że dubbing bardzo udany) lecz wersja z napisami ;-)

piątek, 2 grudnia 2011

Balsam dla duszy na Boże Narodzenie

Weź kubek kakao i usiądź w fotelu. Za oknem mróz, ale tak jest jeszcze przyjemniej. Przeczytaj opowieści ciepłe jak pierniczki z pieca. Poczuj zapach cynamonu i pomarańcz...
Balsam dla Duszy to dosyć znana seria, często często widywana w księgarniach i bibliotekach. Ja osobiście zetknęłam się właściwie tylko z częścią świąteczną, bo sam pomysł wydaje się być oryginalny i sympatyczny.
„Balsam dla duszy…” to zbiór opowieści, historyjek, anegdot związanych z Bożym Narodzeniem. Jest to literatura prosta, bowiem na teksty zawarte w zbiorze składają się opowiadania zwykłych ludzi – dziennikarzy, nauczycielek, redaktorów, matek, ojców, osób bezrobotnych. Niektóre opowieści zostały skądś zaczerpnięte i przedrukowane, inne zostały specjalnie nadesłane na potrzeby tej książki. I tak oto dostajemy na pachnącym cynamonem talerzu kilkadziesiąt tekstów opowiadających o tym, czym jest tak naprawdę Boże Narodzenie, jakie wartości w tym okresie są szczególnie ważne. Dzięki tym prostym słowom możemy także dostrzec, jak wiele jest osób, które w tym czasie potrzebuje wsparcia i opieki.
Opowiadania są niezwykle krótkie, ich fabuła to jakby wspomnienie, napomknięcie o pewnych wydarzeniach i równocześnie ujęcie sedna sprawy.
Zbiór „Balsam dla duszy…” nie jest filozoficznym traktatem, górnolotnym przesłaniem na święta, czy też ostrym rachunkiem naszego sumienia. To raczej słowne podarunki, czasem zabawne, czasem wywołujące łzy, które pomagają nam uwierzyć w magię Bożego Narodzenia. Oto jedna z opowiastek:
„Jak zaskoczyć Świętego Mikołaja”
Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia pewna pobożna chrześcijańska rodzina, mama, tata i czteroletni synek, zmierzała dziarskim krokiem do kościoła. W pewnej chwili chłopiec zwolnił kroku, a potem nagle zatrzymał się i wskazał palcem na drugą stronę ulicy.
 - Święty Mikołaj… - wyszeptał. – Święty Mikołaj!
    Nim rodzice się zorientowali, wyrwał się im i pobiegł do starszego mężczyzny z długą, siwą brodą.
Chwytając go za poły płaszcza, malec zaczął błagać:
 - Święty Mikołaju, Święty Mikołaju! Przynieś mi misia pod choinkę, bardzo cię proszę!
   Rodzice chłopca, wprawieni w zakłopotanie całą sytuacją, zaczęli przepraszać za zachowanie syna, jednak mężczyzna odsunął ich gwałtownym ruchem ręki, a następnie pogłaskał chłopca, skinął głową, mrugnął okiem i nie mówiąc ani słowa, poszedł w swoją stronę.
     W bożonarodzeniowy poranek do drzwi świętującej rodziny ktoś zapukał. W drzwiach stał starszy mężczyzna z ulicy, trzymając w ręku dużego pluszowego misia.
 - Nie chciałem, żeby malca spotkał w tym dniu zawód – powiedział wyraźnie zażenowany, po czym wręczył misia, odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie.
    Rodzice kompletnie zaskoczeni wizytą gościa zdołali tylko wykrztusić z siebie:
 - Dziękujemy… dziękujemy bardzo! Wesołych Świąt… rabbi!

„Balsam dla duszy na Boże Narodzenie” to kapitalna lektura na grudniowe dni – opowiadania idealnie nadają się do czytania dzieciom, które także będą mogły poczuć zbliżające się święta.
Polecam je każdemu, kto chce się trochę rozerwać i równocześnie poczuć klimat zbliżającej się gwiazdki w sercu. Brzmi trochę słodkawo, ale taka właśnie jest ta książka. Słodka, ciepła, pełna prostych porad i żartów.

czwartek, 1 grudnia 2011

Wsiadać, drzwi zamykać.

Jedna z moich ulubionych blogowiczek napisała ostatnio na swym blogu, ze jej zycie gna niczym pociąg pośpieszny, i coraz mniej w tym wszystkim czasu na dłuższy przystanek. Ileż to razy obiecywałam sobie, że przed świętami przeczytam to i to i to, obejrzę to i to aby wprowadzić się w nastrój jeszcze bardziej świąteczny. Kiedyś tak było, teraz jako mama i żona odczuwam kurczenie się czasu. Jednak można łączyć przyjemne z pożytecznym. Mogę czytać synkom książki świąteczne, mogę obejrzeć z nimi świąteczną bajkę i film, posłuchać z mężem jakiejś fajnej nastrojowej świątecznej płyty. I opisać to wszystko tutaj ...
Uwaga zaczynam, zaczęłam o pociągu i będzie dalej ...
Wyobraźcie sobie, że przed waszym domem nagle zatrzymuje się ogromna imponująca lokomotywa retro z wagonami godnymi orient ekspresu, a konduktor wcale nie z uśmiechem mówi tobie, że musisz do pociągu wsiąść. Pytasz się dokąd? Jak to dokąd, oczywiście że na biegun północny. Czyż można pomyśleć o jakimś innym miejscu w okresie przedświątecznym? Tylko po co mam tam jechać? Masz do wyboru albo się przekonać, że On tam jest albo, że go nie ma. To podróż obowiązkowa, dla niedowiarków, niepewnych siebie, sympatycznych i mniej sympatycznych. W przedziale ekspresu polarnego każde dziecko znajdzie swoje miejsce i swój jedyny wyjątkowy, niepowtarzalny bilet na niezapomnianą przygodę. I ty się temu czarowi też poddasz. Nieważne, że w piżamie, że może trochę oszołomiony/a, trochę zaspany/a. Tak jak 8-letni bohater bajki wraz z poznanymi przyjaciółmi ruszysz w drogę.
Bajkę obejrzałam w kinie w roku 2004. Dwa lata temu obejrzałam ją z moimi synami. I rok temu też i w tym roku też. I myślę, że w przyszłym roku też. Nie chcę analizować co też takiego ma ta bajka, że tak mnie fascynuje, zadziwia, ogromnie inspiruje, i jeszcze bardziej wzrusza.
Cała bajka oczywiście jest pełna magii. Pełna obrazów które dają nam coś co we współczesnym świecie często nam umyka, daje nam wiarę. W to, że zagubiony bilet wróci do swego właściciela, wiarę w to, że istnieje świat inny niż materialny.
Bajka-film jest niezwykle malowniczy, bo też wykonany inną techniką niż dotychczasowe filmy animowane. Te obrazy, grafika bardzo mnie zachwyciły. Karkołomna jazda przez dolinę Lodowców miejscami przypominająca zjazd rollecoasterem, dosłownie wciska nas w fotel. Spotkanie na dachu pociągu z tajemniczym "duchem" to scena dosyć wyjątkowa, by nie powiedzieć straszna ale wszyscy lubimy się trochę bać, w szczególności dzieci. Są też sceny zabawne jak "przeganianie reniferów" intonacja głosu kogoś kogo szarpiemy za brodę ;-)Są sceny kiedy muzyka w mistrzowski sposób oddaje charakter sceny jak to jest w przypadku momentu częstowania dzieci gorącą czekoladą. Mniam.
Z jednej strony to film o tym, że zawsze może wrócić do nas utracona wiara. I nie chodzi tu przecież o wiarę w Mikołaja lecz o wiarę we własne wartości nas jako ludzi, wiarę w siłę przyjaźni, wiarę w dobro, wiarę w to czego nie da się wytłumaczyć logicznie, jakkolwiek to surrealistycznie brzmi w naszym świecie. Tak jak wspomniałam to też film o sile dziecięcej przyjaźni.
Dla mnie wcale nie jest sztampową hamerykańską bajką. Czasem aż włosy mi się na głowie jeżą kiedy słyszę, że właściwie na każdy temat: film książkę, bajkę, piosenkę, spektakl znajdą się osoby które potrafią z pełna pasją owe dzieło skrytykować. Dlatego ja się wzbraniam od krytyki oddaję pałeczkę innym ... Może i ckliwe, może i niedopracowane tematycznie, może i Mikołaj za bardzo mikołajowy ale tych co nie wierzą i tak nie przekonamy ;-)
A może wystarczy tylko posłuchać muzyki ... i w oddali usłyszymy gwizd parowozu...