niedziela, 18 grudnia 2011

Uwaga! Mikołaj spada z nieba

Muszę przyznać, że przerób świąteczny mam świetny. Gdybym chciała do świąt opisać wszystko, co do tej pory za mną, musiałabym pisać po kilka postów dziennie. Tego jednak nie zrobię, bo z powodu wzmożonej aktywności nie mam czasu na pisanie. Za to mam nadzieję, że w święta i tuż po nich odbiję to sobie z nawiązką. Do tego czasu spróbuję napisać po jednym poście dziennie, choć i to teraz dla mnie wyzwanie nie lada.
Zacznę od książki, która powinna być tu od dawna, a przynajmniej od roku: „Kiedy Święty Mikołaj spadł z nieba” Cornelii Funke. To lektura, na którą wypatrzyłyśmy w zeszłym roku w bibliotece. Twarda okładka z czerwono złotymi akcentami wizualnie bardzo dobrze się wpisuje w świąteczne standardy, a tu jeszcze pojawia się na niej renifer. Środek też niezły – 174 strony, na których jest sporo tekstu, ale też wiele ilustracji i to nie takich zwykłych a la Disney, ale obrazków ołówkowych.
Na małe co nieco o tej książce zapraszam na mój blog.

William Wharton, Wieści


Kiedy karty książki mają w sobie zapach świąt, to znaczy, że autor popełnił mistrzostwo. Kiedy przy każdym słowie się uśmiechasz - to znaczy, że jest to wielkie dzieło. Kiedy słyszysz trzask ognia w kominku i czujesz zapach starego młyna i śniegu - wiesz, że trafiłeś na coś wyjątkowego... Taką książką są właśnie "Wieści" Williama Whartona.
Bez wątpienia ta wspaniała, zabawna i pełna ciepła opowieść zasługuje na drugie miejsce. William Wharton już dawno podbił moje serce, a „Wieści” były pierwszą powieścią autora jaka wpadła mi w ręce. Stało się to przypadkowo, a czytałam ją leżąc w łóżku i cierpiąc na grypę. Idealne warunki do wczucia się w klimat!
Will Kelly wraz z rodziną przybywa do starego młyna w pięknej, francuskiej miejscowości, aby w tym niezwykłym miejscu spędzić Boże Narodzenie.
Trzeba przyznać, że sceneria jest jak z bajki! Spada śnieg, wszystko paraliżuje srogi mróz, a w samym młynie zimno jak diabli. Trzeba rozpalić w komiku wielki ogień, aby móc przetrwać:
W piwnicy unosi się żywiczna woń trocin, zalegających na posadzce od rana, kiedy piłowałem tutaj brzozowe bierwiona. Całą stertę pociętych polan ułożyłem przy kominku na górze, choć ogrzanie tego mauzoleum na święta Bożego Narodzenia to zaiste trud Syzyfa.
Will, choć boryka się w książce z wieloma problemami rodzinnymi, ma w sobie wspaniałego ducha świąt. Podążając za jego narracją natychmiast przenosimy się do starego młyna, czujemy ciepło kominka i mróz na zewnątrz, wyczuwamy radość bohatera, która się nam udziela, co jest niezwykłe, bo to uczucie nas nie opuszcza! Nic dziwnego, Will potrafi być zabawny i nie jest to wymuszony humor:
Później zamierzam naciąć trochę sosnowych gałęzi w pobliskim lesie. Poczekam jednak, aż zapadnie mrok. Przez dwanaście lat kradliśmy choinki z lasu. Za dnia szukaliśmy najzgrabniejszego drzewka, a kiedy wybraliśmy, znakowaliśmy je po swojemu. W nocy przemykaliśmy chyłkiem do lasu, wycinaliśmy piłą choinkę tuż przy samej ziemi, przysypywaliśmy piaskiem świeży pniak i wracaliśmy z drzewkiem przez uśpione miasteczko do naszego młyna. Nic tak bardzo nie raduje duszy w Boże Narodzenie jak ukradziona z lasu choinka.
Rodzina zdaje się być odcięta od całego świata, a w tym magicznym miejscu Will krok po kroku wyczarowuje świąteczny nastrój. Wkłada w to całe swoje serce, choć ma problemy z żoną i dorosłymi córkami. Jednak, chwała Bogu, święta to czas pojednania i miłości, dlatego ten nastrój optymizmu utrzymuje się w fabule - czy raczej nastrój gwiazdki, niepowtarzalny!!
Nie powstrzymam się także przed zacytowaniem sceny, która rozbawiła mnie do łez i wzruszyła równocześnie:
- Okay, Will. Tego już za wiele! To zabawne odgrywać świętego Mikołaja i całą tę szopkę, ale ty zawsze przesadzasz. Co roku wychodzisz w nocy na dwór, żujesz marchew i rozrzucasz ją na śniegu, żebyśmy myśleli, że jadł ją renifer z sań świętego Mikołaja. Potem chodzisz w tych butach, pod którymi osadziłeś reniferowe kopytka, które sam wystrugałeś z drewna i chowasz na poddaszu przez cały rok. A jeszcze kupiłeś ten duży czarny pas i pozostawiłeś pewnego razu na stole, po tym jak opchałeś się pierniczkami i opiłeś mlekiem, które dzieci pozostawiły dla świętego Mikołaja. Gdyby prawdziwy święty Mikołaj wypił tyle mleka i zjadł tyle pierniczków, z pewnością nie mógłby przecisnąć się przez komin.
Zagłębiając się w „Wieści” dochodzę do wniosku, że Wharton to prawdziwy czarodziej. Zazwyczaj w powieściach z motywem świąt twórcom nie udaje się uchwycić „tego czegoś”, zaś Wharton dosłownie na każdej stronie sprawia, że czuję Boże Narodzenie tak bardzo, jakbym piekła pierniczki i piła gorącą czekoladę w zimowy wieczór… Jego święta w starym młynie są namacalne, bliskie, znajome… Ta książka to wspaniały podarunek pisarza dla nas – daje ciepło i radość, ale równocześnie każe nam się zastanowić nad istotą więzi rodzinnych i problemów dnia codziennego.
Na zakończenie wpuszczam trochę magii:
Wstaję z klęczek, podchodzę do kominka i dokładam polano do ognia. Choinka stoi blisko niego, ale nie obawiam się, że może zapalić się od iskry. Drzewko jest zielone, a iskry nie wylatują z głębokiego paleniska. (…) Lor zaczyna śpiewać, jakby była zaniepokojona czymś, ale wtórują jej wszyscy. To Cicha noc. Śpiewamy spokojnie, zgodnie. Nikt nie próbuje grać gwiazdy. Nawet Ben przyłączył się do naszego chóru. Kończymy kolędę Nad Dzieciątka snem, nad Dzieciątka snem - i zapada cisza. (…) A śnieg sypie jak nigdy.
Proszę mi wybaczyć grad cytatów, ale one najlepiej świadczą o magii tej książki. Obowiązkowa w święta!

sobota, 17 grudnia 2011

"Love story" (1970)



"Love Story"- jak dla mnie film wyjatkowy, choc byc moze dla wielu szczyt kiczu, albo jakas przestarzala historyjka. Ekranizacja powiesci Ericha Segala. O tak, historyjka jak na dzisiejsze czasy banalna: Para mlodych ludzi z zupelnie odmiennych srodowiski spotyka sie na studiach i na przekor wszystkiemu postanawia byc razem. Jenny- mloda studentka muzyki ze sredniej klasy spoleczenstwa i Oliver z zamoznej, bardzo bogatej rodziny. Oliver w konflikcie z ojcem i swoja rodzinna tradycja, Jenny prostolinijna i dobra... Mlodzi pobieraja sie, wkraczaja w zycie, jednak okazuje sie, ze Jenny jest smiertelnie chora....

Jednak to wlasnie ten film kojarzy mi sie ze swietami i domem. Po pierwsze z moja niezyjaca babcia, gdy w jakis wiglijny wieczor TVP odtwarzala wlasnie ten film, a moja babcia plakala. Po drugie ten film dzieje sie zima. Tylko 2 sceny (liczylam) dzieja sie latem. Glowna bohaterka ma zas zamiar zdarzyc ze swoim umieraniem przed Bozym Narodzeniem i udaje jej sie to. Jeszcze kilka swiatecznych scen: Oliver sprzedajacy choinki, Jenny, ktora cwiczy z dzieciecym chorem kolede "Es ist ein Ros entsprungen" (moja ulubiona niemiecka koleda). Gros swietnych bezdialogowych scen w zimowej scenerii- Oliver szusujacy na lodowisku, dwojka bohaterow bawiaca sie w sniegu. To nie wiosna, kwiaty i ptaki sa swiadkami ich milosci- to zima. To zima wreszczcie bedzie swiadkiem smierci. To poprzez ogromna polac sniegu Oliver poprowadzi zone do szpitala. Czyz nie zima jest pora umierania rowniez? Jednak przebija z tego filmu tez nadzieja. Nadzieja, ze ludzie potrafia sie odnalesc mimo roznic i zalow. Czyz nie jest to tez przeslaniem Swiat?
Film stoi tez swietnymi dialogami. No i oczywiscie para aktorow odtwarazajacych glowne role- wiekszosc scen to jedynie ten duet. O muzyce wspominac chyba nie musze?
Zycze milego ogladania :)

piątek, 16 grudnia 2011

Wigilijna magia

Pamiętacie klasowe mikołajki?
Ustalanie zasad, losowanie, kompletowanie paczuszki, wyczekiwanie na swój prezent i... no niestety, bywało, że zamiast radości zdarzało się rozczarowanie...
Mając w pamięci różne okołomikołajkowe historie staram się tak wpłynąć na swoich uczniów aby zamiast robienia paczek zafundowali sobie jakąś przyjemność ogólnoklasową:)

Nie inaczej było w tym roku - moje pierwszaczki świetnie dały się zmanipulo... znaczy się doceniły argumentację pani wychwawczyni i zadecydowały, że jedziemy do kina. A że jesteśmy bardzo towarzyscy to wyjazd organizowaliśmy z równoległą IA. Po przeprowadzeniu burzy mózgów (to huragan normalnie był...) udało się osiągnąć porozumienie i padło na"Listy do M.".
Z przyczyn obiektywnych zaliczyliśmy pewien poślizg w czasie i wreszcie wczoraj mikołajkowy wyjazd doszedł do skutku.

O czym jest film to pewnie większość wie, ale jakby się zdarzył ktoś kto jeszcze nie widział tej komedii świąteczno-romantycznej to powiem, że najogólniej mówiąc jest to film o miłości. I to o miłości w najróżniejszych odmianach. 
Mikołaj pracuje w radiu, jest wdowcem i samotnym ojcem kilkuletniego Kostka, który chciałby, żeby jego tato się zakochał i był szczęśliwy. Doris marzy o wielkiej miłości, która spadnie na nią niespodziewanie i dosłownie zwali ją z nóg. Wychowana w domu dziecka Tosia szuka kogoś kto ją pokocha i przyjmie do swojej rodziny. Mel to z kolei wyrachowany cwaniak dla którego miłość jest wprost proporcjonalna do stanu majątkowego wybranki. Wladi odnosi sukcesy zawodowe nie ma jednak dziewczyny, którą mógłby zaprosić na uroczystą kolację u rodziców. Szczepan i Karina kiedyś się kochali, ale już nawet nie potrafią ze sobą rozmawiać. Betty oczekuje przyjścia na świat dziecka i  kocha swojego nienarodzonego Kazika ogromną matczyną miłością. Małgorzata i Wojciech to wykształceni, majętni i kulturalni ludzie, których życie jest przeraźliwie puste i zimne. Jeszcze Maja, Kacper, Florian, Malina...
W ten jeden wyjątkowy, wigilijny dzień i wieczór ich los się odmieni.

Jak to z komediami romantycznymi bywa jest sporo śmiechu, są momenty wzruszające - generalnie całkiem niezła rozrywka. Duża w tym zasługa aktorów - Maćka Stuhra, Tomasza Karolaka, Agnieszki Dygant, Piotra Adamczyka, Agnieszki Wagner, Wojciecha Malajkata, Beaty Tyszkiewicz czy Leonarda Pietraszaka. Na uznanie zasługują grające w filmie dzieciaki - Julka Wróblewska, Adam Tyniec a przede wszystkim rewelacyjny Kuba Jankiewicz w roli Kostka.

A dla niezdecydowanych zwiastun "Listów do M."


czwartek, 15 grudnia 2011

Glenn Beck, Świąteczny sweter


W czym zaklęta jest gwiazdka? W skrzypiącym śniegu, który nocą mieni się od blasku księżyca i ulicznych latarni. W nocy śnieg wydaje się być mniej zimny, zamienia świat w wielką pierzynę usianą brokatem. W czym tkwi fenomen Bożego Narodzenia? W świątecznym poranku. W Polsce stoły ścielą się wówczas bogactwem smakołyków, a w Ameryce – dom wypełnia się tupotem dziecięcych stóp, które ścigają się do choinki, by móc zobaczyć prezenty. Święta dla każdego pachną inaczej, dla jednych karpiem, dla innych cynamonem, a może górą naleśników z syropem klonowym? Dla dzieci święta pachną miłością i… podarunkami. Tak też jest z Eddiem, bohaterem powieści Świąteczny sweter autorstwa Glenna Becka.
Być może magia świąt zamyka się w tym, że Glenn Beck - telewizyjny prezenter, wielki showman, w którego wparuje się miliony Amerykanów, a także trzeźwiejący alkoholik i były narkoman pisze wzruszającą, świąteczną opowieść o dwunastoletnim chłopcu, który w Boże Narodzenie traci matkę. Dziecko poznaje smak bólu, rozpaczy i strachu przed śmiercią bliskich osób. Tak - to musi być siła Gwiazdki, że tak kontrowersyjny człowiek raczy nas opowieścią o prostych, ludzkich, ale gwałtownych emocjach. Emocjach dziecka.
Eddie, chłopiec jak każdy inny, dorasta w domu kipiącym od miłości. Jego ojciec to wzór - opiekuńczy, wyrozumiały i męski równocześnie. Matka – delikatna i czuła, dziadkowie – uosobienie dobra i słodyczy. A to wszystko w otoczeniu białych, cudownych świąt, pachnących chlebem, choinką i kominkiem. To idealne życie skażone jest biedą – pomimo ciężkiej pracy, rodzina chłopca nie może sobie pozwolić na wiele. To jednak nie ma znaczenia. Narrator, dorosły już Eddie, pokazuje w sposób odrobinę moralizatorski, ale nie naiwny, że miłość spaja ludzi i czyni święta najcudowniejszym okresem w roku. Ze wspomnień Eddiego wyłania się cudowne dzieciństwo, w którym brak nowego telewizora czy zimowych butów nie przysłoni piękna świątecznych dni. Co więc może zepsuć dorastanie dziecka? Nie bieda, nie ciężka praca – ale śmierć. Ukochany tata przegrywa walkę z rakiem.
Narrator pokazuje, nie bez smutku i oskarżania samego siebie, co tak wielka fala bólu może uczynić z dzieckiem. Eddie staje się chłopcem, który szczęście zaczyna upatrywać w dobrach materialnych. Odbiorcę może razić dosłowność tego przekazu, ale pamiętajmy, że to tylko dwunastolatek. Bohater pragnie bogatego domu, dostatku, a nade wszystko – roweru. To marzenie staje się jego obsesją, którą skutecznie maskuje tęsknotę za ojcem. Przedmiot to cel, który ma przywrócić życie do dawnego stanu. Rower ma dać wolność  i beztroskę, której tak bardzo brakuje. I ten właśnie rower ma się znaleźć pod choinką. Ostatecznie marzenie się nie spełnia, a zamiast niego jest ręcznie zrobiony sweter. Utkany z matczynej miłości, oczko za oczkiem.
Świąteczny sweter to opowieść prosta w swojej wymowie, a jednak ujmująca. Rozczarowanie dziecka, które pod choinką znajduje „jakiś głupi sweter” zamiast wymarzonego roweru, jest tak namacalne, że aż gorzkie. A śmierć matki w Boże Narodzenie – to zwieńczenie tej tragedii, które zamienia Eddiego w Scrooge’a. Nie chodzi tu o skąpstwo, ale dziecięcą chciwość – równie porażającą, jak u ludzi dorosłych. Eddie – podobnie jak bohater Opowieści Wigilijnej, przechodzi niezwykłą metamorfozę, zakończoną prawdziwym cudem. Jednak jemu ta droga, na której także spotyka duchy czasów, zajmuje okrągły rok, by w kolejne Boże Narodzenie zatoczyć magiczny krąg.  Gorycz zastępuje nowa nadzieja i radość, udzielająca się czytelnikowi.
Powieść Glenna Becka ma za zadnie dać lekcję pokory i przypomnieć o podstawowych wartościach. Być może owo przypomnienie jest odrobinę nachalne, zbyt uwidocznione, ale dające do myślenia i poruszające. Ta pięknie wydana książka może stać się chwilą wytchnienia w grudniu, który jest miesiącem zabieganym, pełnym stresu. Niech więc otuli nas ulubiony, zimowy sweter, smak gorącej czekolady i szelest kartek...

Recenzja z bloga:

środa, 14 grudnia 2011

Magia świąt czyli "Obiecaj mi" R. P. Evansa

Chociaż pogoda za oknem jest tego całkowitym zaprzeczeniem to jednak kalendarz wie swoje - coraz bliżej święta:)
Maszyna marketingowa już ruszyła, z wystawowych szyb uśmiecha się coraz więcej mikołajów, telewizyjne reklamy doradzają co kupić pod choinkę, karpie w stawach hodowlanych wykazują coraz większą nerwowość a w mojej szkole rozpoczęły się przygotowania do jasełek i wigilijnego koncertu.
Święta to szczególny okres w roku kiedy stajemy się bardziej życzliwi, zapominamy na chwilę o naszych problemach i staramy się choć trochę czasu spędzić z najbliższymi. Mamy też trochę więcej czasu, który można przeznaczyć na lekturę. I nie wiem jak wy ale ja lubię sobie pod choinką poczytać coś lżejszego, wzruszającego, ze szczyptą magii i koniecznie ze szczęśliwym zakończeniem. I na taką książkę trafiłam właśnie teraz - co prawda kilka tygodni przed świętami, ale może to i dobrze, bo zdecydowanie potrzebowałam takiej lektury.

Bohaterką najnowszej książki Richarda Paula Evansa pt. "Obiecaj mi" jest  niespełna trzydziestoletnia Beth Cardall. Jej życie jest poukładane i szczęśliwe - Marc, jej mąż jest przedstawicielem handlowym, ona sama pracuje w pralni a sześcioletnia córeczka Charlotte zaczęła właśnie chodzić do szkoły. Cardallowie nie są może zbyt zamożni, spłacają kredyt hipoteczny ale nie mają większych kłopotów. Spokojna egzystencja Beth i jej rodziny kończy się jednak bezpowrotnie w lutym 1989 roku. Charlotte zaczyna chorować i lekarze nie są w stanie zdiagnozować co jej tak naprawdę jest a Beth odkrywa, że mąż ma romans. Zrozpaczona i zraniona kobieta wyrzuca go z domu, jednak dla dobra dziecka pozwala mu wrócić i stara się przebaczyć. Kiedy wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze spada na nich kolejny cios - Marc jest śmiertelnie chory i ma przed sobą jedynie kilka miesięcy życia. Po jego śmierci Beth popada w ogromne kłopoty - Charlotte jest coraz bardziej chora, kończą się pieniądze a pensja Beth wystarcza ledwie na skromne utrzymanie. Przyjaciele starają się pomóc kobiecie ale sami też nie mają zbyt dużych zasobów.
Kiedy wydaje się, że wszystko już stracone w życiu Beth pojawia się Matthew - tajemniczy młody mężczyzna, który wie o niej zadziwiająco dużo...

R.P. Evans jest dosyć dobrze znany polskim czytelnikom, wydano u nas siedem jego powieści i wszystkie odniosły sukces. Osoby, które przeczytały już coś jego autorstwa podkreślają, że książki Evansa niosą ze sobą ogromną dawkę optymizmu i wiary w drugiego człowieka. Jak dla mnie to pierwsze spotkanie z tym amerykańskim pisarzem i mogę go zaliczyć do udanych. Książkę czyta się szybko - to zasługa klarownej narracji i nieźle skomponowanych dialogów, nie ma właściwie wątków pobocznych, więc nie trzeba się specjalnie wysilać żeby zapamiętać jakie są relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, których z resztą można na palcach policzyć. Czyli same plusy:)
Są też niestety minusy - powód i sposób w jaki Matthew pojawił się w życiu Beth jest ostatecznie do przyjęcia (Niech żyje magia Świąt!) ale już finał ich znajomości całkiem nie przypadł mi do gustu... Straciłam jakoś całkiem sympatię dla tej kobiety, która (kurczę, jak to napisać, żeby nie zdradzić za dużo...) hmm... zapomina o jakiejś podstawowej etyce. Zabrzmiało może trochę górnolotnie, ale ja to tak niestety odebrałam.

Ale generalnie książka mi się podobała i uważam, że to lektura jak znalazł na nadchodzący świąteczny czas.
Bo w lipcu chyba by mi się tak nie spodobała niestety...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

J.R.R. Tolkien, Listy Świętego Mikołaja

Grudzień to miesiąc magiczny i nikt tak jak dzieci nie czuje, że zbliża się coś ważnego. Święta. A kiedy jest już wieczór, a za oknem śnieg skrzy się w świetle ulicznych lamp, warto przeczytać sobie historie tak ujmujące, tak cudowne, tak przepełnione miłością, że aż… nie chce się wierzyć, że ich autorem jest sam J.R.R. Tolkien. Listy Świętego Mikołaja – obowiązkowa lektura!
Tolkien przez lata, każdego roku, pisał do swoich dzieci listy, w których zamieniał się w samego Świętego Mikołaja. To, co stworzył, stało się fantastyczną, kolorową historią nie tylko o samym Mikołaju, ale także o jego przyjaciołach z bieguna północnego. Korespondencji towarzyszyły wspaniałe ilustracje. Czy można sobie wyobrazić znakomitsze przeżywanie okresu świątecznego?
Przeczytajmy jeden list, choć każdy jest zabawny, wyjątkowy, oryginalny:
Dom Świąteczny, Biegun Północny
22 grudnia 1920 roku
Kochany Johnie!
Słyszałem, że pytałeś tatę, jak wyglądam i gdzie mieszkam. Narysowałem Ci mój portret i dom. Dobrze pilnuj tego obrazka. Właśnie wyruszam do Oksfordu.
Wiozę sporo zabawek - część dla Ciebie. Mam nadzieję, że zdążę na czas.
Na Biegunie Północnym pada dziś bardzo gęsty śnieg. Ucałowania
Święty Mikołaj
Listy pisane są bardzo skrupulatnie, to także odpowiedź na korespondencję dzieci. Tolkien rysuje, naśladuje pismo Mikołaja, opowiada fascynujące historie z bieguna. Nawet sam niedźwiedź polarny ma tu coś do powiedzenia:
PS
Święty Mikołaj okropnie się spieszył - kazał mi dołączyć
jedno ze swych magicznych ciasteczek. Rozłamując je,
pomyślcie jekieś życzenie i zobaczcie,
czy się spełni. Przepraszam za grube pismo, ale mam
niezgrabną łapę. Pomagam Świętemu Mikołajowi pakować
prezenty. Mieszkam z nim. To ja
WIELKI (Polarny) NIEDŹWIEDŹ
Oczywiście, Listy są także portretem pisarza, który jest ojcem współczesnej fantastyki. Widzimy jego fantazję, pomysłowość, ale przede wszystkim – wielkie, rodzicielskie serce.
Trudno wyobrazić sobie lepszą lekturę do poduszki dla dziecka. Oczyma wyobraźni widzę, jak bardzo rozpalona będzie wyobraźnia maluchów, które będą mogły posłuchać opowieści samego Świętego Mikołaja! Czy można im tego odmówić?
Tolkien to mistrz. Listy Świętego Mikołaja są tego potwierdzeniem, to chyba najcudowniejsza pamiątka, jaką nam po sobie zostawił…


Jedna z wielu barwnych ilustracji książkizzzz