środa, 28 grudnia 2011

Czas zamknąć pewien etap...


Marcie wiedziała, że Bobby nigdy nie wróci do zdrowia. Liczyła się z najgorszym, oczekiwała, że śmierć będzie wybawieniem, przynajmniej dla niego. Miała nadzieję, że ona sama wyjdzie ze stanu zawieszenia, w którym trwała przez ostatnie lata, zacznie nowy etap w życiu. Miała dopiero dwadzieścia siedem lat i mnóstwo możliwości przed sobą: mogła się kształcić, podróżować, poznawać nowych ludzi.

Autor: Robyn Carr
Wydawnictwo: Harlequin / Mira
Wydano: listopad 2011
Pierwsze wydanie: 2008
stron : 272
seria: Powieść obyczajowa
oprawa: miękka

Czy tęsknię za zimą? Raczej nie. Jednak lubię książki z klimatem i cudownymi okładkami o ciekawej i interesującej scenerii. Tak właśnie jest z najnowszą powieścią Robyn Carr, z której książkami nigdy wcześniej nie miałam przyjemności się zapoznać. "Pożegnanie z przeszłością" ma właśnie taką klimatyczną i o zimowej scenerii okładkę. Widok zimy nie przeraża, wręcz przeciwnie ma się jakąś dziwną chęć na to, by odwiedzić tę chatkę pośród drzew, gdzieś z dala od miasta, a to wszystko obsypane białym puchem...
Robyn Carr stworzyła nie tylko wspaniałe widoki, piękne miejsca czy świąteczną atmosferę, ale przede wszystkim stworzyła bardzo realistyczne postaci.

Więcej na BLOGU-KLIK

wtorek, 27 grudnia 2011

„Zdążyć przed pierwszą gwiazdką” - Katarzyna Grochola

    „Marzenia są po to, żeby je spełniać.”*

    Książeczka z tytułem, który może zmylić czytelnika. Przedstawia obraz trzech kobiet w różnych sytuacjach ich  życia.

    Trzy kobiety i trzy historie. Pierwsza zatytułowana właśnie „Zdążyć przed pierwszą gwiazdką” mówi o Natalii, która w dzieciństwie patrzyła na rozpad małżeństwa jej rodziców. Od tej pory zgorzkniała matka wpajała jej, że mężczyźni zawsze kłamią i są samym złem. Dziewczynka słysząc dzień w dzień takie słowa z czasem przestała ufać mężczyzną. Gdy już dorosła była samotna, pewnego dnia tuż przed Wigilią zaczęła myśleć o tym co było i ile prawdy było w słowach matki, naprawdę każdy mężczyzna jest taki sam? A może sąsiad, ten sąsiad jest inny?
    „On jeszcze nie wie, że mnie kocha” mówi o kobiecie porzuconej. Właśnie odchodzi od niej ukochany, a ona nie wie czemu. Nie rozumie jego zachowania ani tego czemu rozpadł się jej idealny związek. Zaczyna obwiniać siebie,  że za mało się starała, nie dbała o siebie ani o niego. Postanawia na niego czekać ile będzie trzeba, nawet do końca życia... Przecież kiedyś musi zrozumieć, że ją kocha... prawda?
    „Scarlett O’Hara z Pilawki Górnej” zaś jest o Zofii, która została potrącona na drodze przez Roberta, który odwozi ją do szpitala i z jakiś powodów nie potrafi jej zostawić. Gdy ona jest w śpiączce siedzi przy niej i nawet jedzie do jej miejscowości by dowiedzieć się czegoś o niej, a gdy wraca opowiada jej czego się dowiedział. Gdy dziewczyna się budzi czuje się niepotrzebny i odchodzi... Jednak przez ten czas coś się stało, zakochał się w dziewczynie. Podda się czy zawalczy?

    Mam mieszane uczucia co do tej książeczki. Gdybym wiedziała jaka jest jej zawartość to z pewnością nie sięgnęła bym po nią w czasie świąt. Spodziewałam się czegoś wesołego z wątkiem miłosnym czy coś w tym stylu, a dostałam coś co napawa melancholią i zmusza do przemyśleń. Co prawda pierwsze opowiadanie dzieje się w czasie świąt, ale głównym tematem są uczucia kobiet w ważnych momentach ich życia. Pokaz tego jaki wpływ mają na nie bliscy, zdarzenia oraz inne czynniki. Każde z trzech nowelek czegoś uczy. Pierwsze pokazuje, że czasem warto zaufać i nie zawsze trzeba robić co wpajają nam rodzice, drugie pokazuje psychikę kobiety porzuconej, trzecie zamówi y się nie poddawać i walczyć o szczęście.
    Postacie właściwie już zostały opisane i nie ma tu nic do dodania. Kobiety, które muszą poradzić sobie z tym co niesie im los. W „On jeszcze nie wie, że mnie kocha" jest bardzo ciekawy obraz kobiety porzuconej...
    Książki Grocholi lubię bardzo, ale ta jakoś mnie nie zachwyciła specjalnie, jednak dała do myślenia. Polecam fanom tejże pisarki.

*str. 93
Autor: Katarzyna Grochola
Tytuł: Zdążyć przed pierwszą gwiazdką
Wydawnictwo: Agora SA
Rok wydania: 2002
Liczba stron: 95

"Holiday" reż. Nancy Meyers


Nie jestem fanką komedii romantycznych, Kate Winslet, Cameron Diaz (jakoś mierzi mnie jej twarz i gra), ale masa dobrych opinii pchnęła mnie ku temu filmowi. No cóż, magia świat to magia świąt, może i ona sprawia, że komedie romantyczne są bardziej zjadliwe?

Bohaterkami są dwie całkiem ciekawe damy, jedna cierpi na nadmiar wylanych łez, druga na zdecydowany brak jakichkolwiek łez. Oprócz tego łączy je oczywiście problem z facetami i brak obrączki na palcu. Każda zamiast łapać świąteczny nastrój i zarażać nim widzów popadają w depresję, którą wyleczyć postanawiają... zamianą domów. Tutaj trochę śmiechu z samego początku, kto na lodzie próbował w szpilkach chodzić ten wie!
Potem robi się już ckliwie. Atmosfery świąt, nie widać, ani nie słychać. Na chwilę zawita na ekrany, gdy wejdziemy do rodzinnego domu jednego z facetów, tutaj choinka, kokardy. Ha, nawet ta ckliwa atmosfera zaczyna mieć smaczek. Jednak kurtyna w dół dla tego nastroju, znowu na scenę wchodzi typowy klimat komedii romantycznej.

Podsumowując? Za mało świat, za dużo romantyzmu, za dużo kombinatorstwa, za mało dobrych scen, za mało dobrej muzyki. Świat filmu i książki przedstawiony jak nudna scena dla oklepanego dramatu. Nie wykorzystany potencjał dobrej historii

2/10

Stokrotkowy zawrót głowy

Dopiero w te święta przeczytałam hit ubiegłego sezonu „Stokrotki w śniegu” Richarda Paula Evansa. Książkę, której autor deklaruje: „zapragnąłem napisać prawdziwie bożonarodzeniową opowieść o odkupieniu.” Jego wzorem (choć niedoścignionym) była „Wigilijna Opowieść” Charlesa Dickensa, którą podobno ogląda co roku w wykonaniu lokalnego teatru, a która zawsze pozwala mu poczuć ducha Bożego Narodzenia. Choć zawiedziona tą lekturą z jednym punktem przedmowy do czytelnika zgadzam się zupełnie, autor napisał baśń, której akcja zahacza o święta.

Na moje wrażenia z lektury zapraszam do Słowiarni.

"Najgłupszy anioł" Christopher Moore

tytuł oryginału: Stupidest Angel
tłumaczenie: Jacek Drewnowski
wydawnictwo: MAG
data wydania: listopad 2006 (data przybliżona)
liczba stron: 284
ocena: 5/6

opis:
"Do Bożego Narodzenia został dzień (dobra, powiedzmy, że prawie tydzień) i w całym maleńkim miasteczku Pine Cove w Kalifornii mieszkańcy pochłonięci są kupowaniem, zawijaniem, pakowaniem i, ogólnie rzecz biorąc, wczuwaniem się w świąteczny nastrój. Ale nie wszyscy odczuwają tę radość. Mały Joshua Barker rozpaczliwie potrzebuje świątecznego cudu. Nie, nie leży na łożu śmierci; nie, nie zaginął mu pies. Ale Josh jest przekonany, że widział, jak Mikołaj obrywa łopatą po łbie i teraz nasz siedmiolatek modli się tylko o jedno: proszę, Mikołaju, powstań z martwych. Ale moment! Gdzieś w powietrzu czai się anioł. (W powietrzu, łapiecie) To nie kto inny, jak archanioł Razjel, który zstąpił na Ziemię w poszukiwaniu dziecka, którego życzenie należy spełnić. Niestety, nasz anioł nie należy do tych, których aureola świeci najjaśniej. W mgnieniu oka zawali swoją świętą misję i ześle na mieszkańców Pine Cove bożonarodzeniowy chaos, którego kulminacją stanie się najśmieszniejsze i najstraszniejsze świąteczne przyjęcie, jakie miasteczko widziało."


To moje pierwsze spotkanie z twórczością Christophera Moore'a. Co mi się od razu rzuciło w oczy- Moore ma proste, ale ładne okładki. Zapewne wszystkie jego książki zgromadzone w biblioteczce cieszą oko ;)

Może się i tak zdarzyć, że święta Bożego Narodzenia Was nudzą. O tak, niektórzy nie czują "magii świąt". Zatem czy nudzicie się na rodzinnych spotkaniach? Przejadła Wam się ta lukrowa atmosfera? Te grzeczności? Te książki o tym jak to najgorszy drań się nawraca? Filmy o szczęśliwych rodzinkach? 
Jeśli, więc chcecie "odetchnąć" od spokojnych, normalnych świąt musicie sięgnąć po książkę Moore'a.

Jeśli ktokolwiek nawet pomimo tytułu spodziewał się w miarę normalnej książki traktującej o świętach- nic bardziej mylnego! Święta w Najgłupszym aniele są zwariowane! W żadnym razie nie można tu mówić o normalności skoro już w pierwszej scenie miejscowy drań okłada workiem lodu pomocnicę Mikołaja z Armii Zbawienia, która jest jego byłą żoną... A dalej jest jeszcze lepiej... Nie będę wymieniać tu wszystkich tych dziwnych postaci czy zdarzeń, najlepiej jeśli dacie się zaskoczyć.

Jak widzicie nie zaczyna się niewinnie i spokojnie, nie kończy się także grzecznie. Książka wciąga od pierwszych stron, czyta się szybko, a fabuła co i rusz się zapętla. Jakby tego było mało całą sytuację jeszcze bardziej komplikuje nasz tytułowy bohater, archanioł Razjel, który robi całkiem spore zamieszanie...

Postać anioła w tej książce bardzo mi się spodobała. Pozostali bohaterowie są trochę szablonowi, ale mamy tu całkiem niezły misz-masz dzięki czemu nie zwraca się na to takiej uwagi. Natomiast archanioł jest bardzo oryginalny. Trochę głupkowaty, ale uroczy ;) Nie spotkałam się jeszcze z taką postacią anioła w żadnej powieści i tu duży plus dla autora.

Polecam tę książkę, szczególnie dla tych znudzonych świętami ;) Ale nie tylko dla nich, również dla tych, którzy chcą poprawić sobie humor. Jeśli kogoś zdziwi to natężenie szaleństwa, mam dla niego jedno słowo- Kalifornia. I już nic tłumaczyć nie trzeba :D (jak to mówią: Kraina czubków i owoców :P)

Ironią losu jest to, że w książce ośmieszającej święta Bożego Narodzenia poczułam więcej klimatu świąt niż w ostatnio przeczytanym Bożym Narodzeniu w Lost River :P

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Opowieść wigilijna Charles Dickens

Przeczytałam dwa tygodnie przed świętami. Chyba troszkę za wcześnie.
Nie ma chyba osoby, która nie znałaby opowieści o skąpym kupcu Ebenezerze Scroogu i jego przemianie w czasie nocy wigilijnej.
Scrooge jest samotnikiem, nie lubi ludzi, nie lubi świąt i dba jedynie o pomnażanie majątku. Nie rozumie, o co chodzi z tym całym zamieszaniem spowodowanym świętami, to tylko kolejny dzień, w którym ludzie robią sobie wolne, aby nie iść do pracy. W noc wigilijną przychodzi do niego duch, jego zmarłego wspólnika Marleya. Chcąc przestrzec Scrooga przed losem, jaki spotyka ludzi, którzy nie okazywali serca bliźnim zapowiada wizytę trzech duchów; przeszłych, teraźniejszych i przyszłych Świąt Bożego Narodzenia. Scrooge początkowo nieufny z czasem zaczyna rozumieć, jaka czeka go przyszłość, jeśli nie zmieni swojego postępowania.
Opowieść wigilijna to taka bajka-przypowiastka, którą najlepiej czytać w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Nie wiem, czy lektura tej książeczki w innym czasie potrafi wywołać takie wzruszenie, jakie wywołuje w tym szczególnym okresie. Nie wiem, czy czytana latem, na gorącym piasku potrafiłaby wywołać podobne wzruszenia i podobne refleksje nad własnym stosunkiem do Świąt i do życia.
Dlatego polecam, właśnie w tym szczególnym okresie.
Mnie się podobało, ale nie jest to lektura, do której chciałabym wracać.
Na pewno znacie filmowe adaptacje, ale nie wiem, czy wiecie, że na jej podstawie powstał też musical "Scrooge"- całkiem udany.

niedziela, 25 grudnia 2011

"Boże Narodzenie w Lost River" Fannie Flagg

tytuł oryginału: Redbird Christmas
tłumaczenie: Anna Kołyszko
wydawnictwo: Reader's Digest
data wydania: 2006 (data przybliżona)
liczba stron: 102
ocena: 2/6
opis:
"Oswald T. Campbell ze względu na zły stan zdrowia musi opuścić Chicago i przenieść się w cieplejsze okolice. Nie stać go na Florydę ani Kalifornię. W grę wchodzi jedynie wyjazd do Lost River w stanie Alabama. I choć miasteczko jest zabitą deskami dziurą, a jego mieszkańcy to banda ekscentryków, Oswald znajduje tam wszystko, czego dotąd brakowało mu w życiu."


Z twórczością Fannie Flagg spotkałam się wcześniej czytając Smażone zielone pomidory. Książka niezbyt przypadła mi do gustu, ale miała szczególny klimat. Po kolejnej powieści jej autorki wiem już dlaczego nieszczególnie lubię jej dzieła: to takie przyjemne opowiastki o niczym. Pewnie polubię je dopiero za jakieś 30-40 lat :P
Póki co jednak niespecjalnie na mnie działają, nie wzruszają mnie. Wprawdzie czytałam okrojoną o ponad połowę wersję Reader's Digest, ale wątpię, żebym wiele straciła. Może jedynie końcówka nie była taka "pospieszna" i ogólnikowa. 
Książka ma klimat z rodzaju tych jakie można spotkać w Smażonych zielonych pomidorach, ale niestety klimatu świąt ani trochę nie poczułam.
 
Niewiele mogę napisać na temat Bożego Narodzenia w Lost River. Może tyle, że jakimś dziwnym trafem wyobraziłam sobie historię osadzoną w jakiejś wiejskiej posiadłości/domku w górach, może jakiś romans, może zwykła obyczajówka, a wszystko to okraszone przyjemną świąteczną atmosferą i oprószone śniegiem. Co otrzymałam? Opowieść o starszym panu, małej dziewczynce i mieszkańcach niewielkiego miasteczka w stanie Alabama. A wszystko okraszone... Rzeką bogatą w faunę nadwodną i podwodną oraz upały...
Co mnie bardzo zdenerwowało to fabuła prosta jak drut (ŻADNYCH przeciwności losu, wszystko idzie tak jak sobie bohaterowie wymarzą) i zakończenie mdłe, ckliwe i do bólu naiwne. Przez chwilę myślałam, że to jakiś żart. A może ja nie jestem za młoda tylko za stara na takie opowiastki?

Nie chcę zniechęcać do tej książki. Mnie się nie spodobała, ale może komuś szczególnie przypadnie do gustu. W sumie warto sprawdzić, bo książeczka jest niewielkich rozmiarów.